Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Gonzalez: Dziennik końca świata (3). Pielęgniarki na wojnie
Orlicz: Doczekalnia
Gonzalez: Dziennik końca świata (1). Kto przewidział?
Rochowicz: Wspomnienie dyrektora „mechanika” Józefa Zasuwy
Orlicz: Potrzeba nam męża stanu
Rochowicz: Wydolność fizyczna jako antidotum na wirusa
Olszewski: Wirus czy świrus?
Orlicz: Przygotujmy się na reset
Olszewski: Koronawirus kontra dżumy i cholery
Więcej...

opinie

2009-04-22

Żyliński: W obronie moich najbliższych


Od pierwszej chwili, kiedy rozpocząłem pisać felietony w „Kurierze Iławskim”, nie miałem złudzeń, że nie wszystkim będzie się to podobać. Z najróżniejszych powodów – intelektualnych, ideowych, osobistych. Dla jednych moje teksty zioną nudą, dla drugich mają zbyt kombatancki charakter. Jeszcze inni po prostu mnie szczerze nie lubią i choćbym napisał najbardziej porywające słowa, zawsze skwitują je wzruszeniem ramion. Nic w tym dla mnie uwłaczającego. Zbiorowisko ludzkie, w swojej masie, od zawsze tworzyło niepowtarzalną plątaninę poglądów, ocen, sposobów rozumowania i właśnie na tym polega jego niezaprzeczalny urok.


Adam Żyliński


Jest jednak bardzo wąska grupa osób w Iławie, do których – nie wprost – starałem się uruchomić sygnał, że źle postępują. Niszczą przez lata wypracowane dobre obyczaje. Wprowadzają do życia publicznego jałowość i powierzchowność. Nie pisałem felietonów po to, by komuś szkodzić. Zależało mi na tym, by ten ktoś przyszedł po rozum do głowy i skorygował swoje zachowanie. Oczekiwałem pobudzającej polemiki publicystycznej. Nic z tego. By uprawiać wymianę zdań na łamach prasy, trzeba mieć coś do powiedzenia. A to nie ten format ludzi. Oni działają zza węgła. W życiu publicznym posługują się najbardziej haniebnymi metodami. Jesteś z nimi, spotka cię nagroda – lukratywne stanowisko dla krewnego, dodatkowe zlecenie albo ogłoszenie gratis w zaprzyjaźnionym medium. Jesteś w stosunku do nich krytyczny i ośmielasz się głośno wyrażać swe zdanie – spotka cię okrutny los – podpiszą pakt z diabłem, by cię załatwić. Odczułem to na własnej skórze. Ale ci, którzy zaatakowali nie mnie, tylko moją prywatność, nawet nie przypuszczają, jakich rozmiarów błąd popełnili…

W jednym z moich pierwszych felietonów starałem się zasygnalizować duży stopień przewrażliwienia w materii czepiania się moich najbliższych w odwecie za moją działalność publiczną. Przekaz wydawał mi się oczywisty. Mnie można oceniać na wszelkie dostępne sposoby – na wylot i z każdej strony. Od mojej rodziny jednak jak najdalej. To kategoria, w której jestem nieprzejednanym konserwatystą, a przypadki byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i jego powabnej Izabell czy byłego wicepremiera Przemysława Edgara Gosiewskiego płacącego z poselskiej pensji byłej żonie mizerne alimenty na dzieci – to dla mnie świat niepojęty, pełen abstrakcyjnych, niehonorowych skojarzeń. Wychowanie, jakie otrzymałem od matki, zawsze sprowadzało się do jednej zasadniczej tezy – najbliższa rodzina jest wartością nadrzędną, niezależnie od sytuacji, na dobre i na złe. Dlatego staram się chronić żonę i syna przed ludźmi, którzy sięgną po każdy, najbardziej podły instrument, by mi dokopać.

Niestety, nie udało mi się! W ostatnich dniach pewne radio i gazeta – z inspiracji osób trzecich – postanowiło urządzić sobie hucpę mającą na celu przejechanie się po mnie kosztem mojej żony Aleksandry. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że osobista tragedia współmałżonki może stać się przedmiotem publicznej nagonki, a ja będę musiał stanąć przed moralnym dylematem, czy podjąć się próby rzetelnego opisania sytuacji, narażając moją Olę – i tak wyniszczoną przebiegiem dotychczasowych zdarzeń – na kolejny, olbrzymi stres. Postanowiłem jednak, że to zrobię. Jestem to winien mieszkańcom Iławy. Za 20 lat wspólnej, publicznej przygody. Za powtarzające się przy każdych wyborach niezmienne poparcie tysięcy ludzi…

Kiedy w 2002 roku przestałem być burmistrzem Iławy i nie mogłem znaleźć pracy, moja żona postanowiła przejąć inicjatywę i sięgnąć do korzeni. Wcześniej, od najmłodszych lat prowadziła działalność gospodarczą na własny rachunek. Przerwała ją po urodzeniu syna. Przy moich burmistrzowskich obowiązkach nie miała żadnych szans, by równocześnie prowadzić firmę, zajmować się domem i wychowywać małe dziecko. Po moim odejściu z ratusza wróciła do gry. Uruchomiła szwalnię, która w szczytowym momencie zatrudniała blisko 100 osób. Stała się jednym z podstawowych kooperantów Mazur Comfortu – od Iławy i Nidzicy po Bartoszyce i Olsztyn. Po około dwóch latach współpracy Mazur Comfort rozpoczął swój marsz ku upadłości, pociągając za sobą większość kooperantów. Nieopłacalne ceny, nierytmiczne zamówienia, postępująca stagnacja – kładły na łopatki kolejne firmy.

Małżonka rozpoczęła ratować się poprzez rozpaczliwe próby poszukiwania nowych kooperantów i przebranżowienie produkcji. Ale było już za późno. Utraciła płynność finansową. Spirala zadłużenia zaczęła się nakręcać w zastraszającym tempie. Harmonijna atmosfera w zakładzie zamieniła się w morderczą szamotaninę. Obserwowałem to wszystko. Widziałem postępujący proces załamania nerwowego u mojej żony. Wspierałem ją na wszystkie możliwe sposoby, ale w którymś momencie powiedziałem: „dość”. Kategorycznie zażądałem zakończenia działalności firmy, rozdzielności majątkowej i przepisania na mnie wszystkich nieruchomości, które do tego czasu stanowiły naszą współwłasność. Uczyniłem tak nie dlatego, by je ukryć przed wierzycielami, ale po to, by skutecznie rozwiązać koszmarnych rozmiarów finansowy węzeł gordyjski, jaki powstał w wyniku rozkładu firmy żony. Wziąłem na swoje barki cały ciężar niepowodzenia gospodarczego Aleksandry. Nie cofnąłem się tchórzliwie – ani pół kroku – przed skalą problemu, która niejednego człowieka kompletnie by przerosła.

Transparentnie, postępując zgodnie z własnym kodeksem moralnym pozwalającym rozróżniać Dobro od Zła – podjąłem się nieprawdopodobnie trudnych działań zmierzających do wyjścia z impasu. Nie oglądałem się na ludzkie draństwo. Nie robiły na mnie wrażenia sygnały o triumfujących komentarzach osobników, dla których dramat mojej żony stał się nie lada gratką, by dobrać się do mnie. Na dom, który wybudowałem w kawalerskich czasach, w efekcie ciężkiej harówy w Niemczech, zaciągnąłem kredyt hipoteczny, by spłacić wszystkie publiczno-prawne zobowiązania powstałe w firmie w stosunku do ZUS-u, Urzędu Skarbowego i Urzędu Pracy. Pomogłem żonie rozliczyć się co do złotówki w kwestiach najbardziej drażliwych i ważnych moralnie, bo dotyczących wynagrodzeń dla odchodzących pracowników. Nie będę epatował czytelników liczbami, z jakimi musiałem sobie poradzić, jeśli chodzi o końcowy bilans upadku firmy. Ostatecznie udało mi się spłacić lub zabezpieczyć spłatę 90% zobowiązań mojej żony. W sensie prawnym nie muszę składać takich deklaracji, ale nie odcinam się od resztek wierzytelności mierzonych miarą tzw. należności głównych.

Niezależnie od tego, jak potoczy się dalej moje życie – zawodowe i publiczne – narzuciłem sobie twarde warunki funkcjonowania z ołówkiem w ręku. I nie żałuję tego kroku. Tak musiało się stać – w imię ratowania zdrowia i życia mojej żony. Jeden z ostatnich jej wierzycieli złożył na nią doniesienie do prokuratury. Już dawno otrzymał należność główną, ale ani na chwilę nie zwalnia. Nalicza odsetki od odsetek, szkaluje i straszy. Wykorzystuje fakt, że była właścicielka firmy ma męża posła.

Prokuratura po przesłuchaniu szeregu świadków i zapoznaniu się z materiałem dowodowym stwierdziła, że faktycznie nastąpiło przesunięcie własności, czego nikt w żadnym razie nie ukrywał z powodów opisanych powyżej. Biorąc pod uwagę całokształt sprawy, prokurator zaproponował warunkowe umorzenie postępowania bez przeprowadzania rozprawy. Żona po tym wszystkim, co ją spotkało i nadal spotyka, jest cieniem człowieka znajdującego się na krawędzi wyczerpania psychicznego. Żyje z ogromnym poczuciem winy. Dlatego nie przyjęła propozycji prokuratury. Jak mi później tłumaczyła – nie chciała, by w jakikolwiek sposób ucierpiała na tym moja reputacja. Martwiła się zupełnie niepotrzebnie, bo całość moich poczynań w jej sprawie w żadnym razie tej reputacji nie nadwyręża. Wręcz odwrotnie – pokazuje, jak można z takich życiowych zawiłości wychodzić godnie i z honorem.

Wydawać by się mogło, że to już cała historia, którą miałem obowiązek – jako osoba publiczna – opowiedzieć mieszkańcom. Nic z tych rzeczy! To dopiero, przynajmniej dla mnie, jej początek. Żyjemy w demokratycznym państwie prawa i wszystkich nas obowiązują te same reguły gry. Ani ja, ani żona nie wnosimy żadnych uwag do działań iławskiego wymiaru sprawiedliwości. Policjant, prokurator, sędzia muszą robić swoje – bez emocji, zgodnie z literą prawa.

Czymś innym pozostaje natomiast czerpanie politycznego zysku przez publicznych adwersarzy poprzez pastwienie się nad kobietą ciężko doświadczoną przez zbieg niezawinionych przez nią zdarzeń, od zawsze w sprawy publiczne nie zaangażowaną. W moich oczach zasługuje to na szczególny wymiar kary. Wielokrotnie przestrzegałem dawnych, jak się okazało, bardzo fałszywych przyjaciół, by nie dotykali moich najbliższych. Nie posłuchali. Za namową nienawidzących mnie ludzi iławskie radio i gazeta rzuciły się na moją żonę Aleksandrę jak stado zgłodniałych wilków. Taki stan umysłów świeżo upieczonych przeciwników zwalnia mnie z dotychczasowej powściągliwości w ocenie ich samorządowego dorobku.

Zatem wszystko, co najciekawsze, dopiero przed nami. Czytelników pragnę uspokoić, że w kolejnych tekstach nie będzie zajadłych inwektyw, osobistych wycieczek czy naruszania czyjejś prywatności. To nie w moim stylu. Posługiwanie się tego rodzaju retoryką od wielu miesięcy szpetnie przyozdabia moich oponentów. I tak – dla zachowania właściwych proporcji – musi pozostać.

ADAM ŻYLIŃSKI

Czytaj również:
Żyliński: Dorobek rozmieniany na drobne


  2009-04-22  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
129655451


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | szukaj
FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2020 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.