Logo Kurier Iławski

Pierwsza strona
INFORMACJE
Opinie
Kurier Zdrowia i Urody
Papierosy
CENNIK MODUŁOWY
Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe
Stopka
Wyszukiwarka
FORUM

Opinie
Dumne cztery pokoje burmistrza (oklaski)
Dekalog dla wyspy Wielka Żuława
Sezon na grzyby
Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Pozostały tylko obietnice
Epidemia paradoksu
Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Nic się nie stało. Jedziemy!
Ciemność widzę!
Turystów może to nie irytować?
Śmieci nasze powszednie
Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Ulica księcia Surwabuno
Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Na młode wilki obława…
Serdeczny szwindelek
Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Więcej...

Opinie

2006-09-13

Stefan Trykacz w anegdocie


Profesor Stefan Trykacz kochał życie, a życie kochało jego. Obracał się w towarzystwie generalnie młodszym od siebie, bo „młodzież” zawsze była dla niego najważniejsza. Priorytetowa.


Leszek Olszewski


Poza tym – jak kilkakrotnie przyznawał – nie cierpiał biadolenia emerytów, że coś kogoś boli i wszystko drożeje, a w polityce bałagan. Stąd rówieśników starał się – z małymi wyjątkami – unikać jak diabeł rozgrzeszenia (to jedna z tysięcy jego oryginalnych metafor). Wybrańcom – prywatnie – pozwalał zwracać się do siebie po imieniu, z tym, że wyraźnie preferował jego angielską formę, czyli dla wielu był nie „Stefanem”, a „Stevem” po prostu.

Ród swój wywodził z Węgier, nawet zastanawiał się czy nie od samego Batorego. Bo to imiennik i może wraz z jego elekcją rodzina Trykaczów (węgierska pisownia „Trikacs”) w jakiś sposób zakorzeniła się w kraju nad Wisłą. Długo wałkował ten temat i myślał na prawo i lewo, pytając o zdanie tysiące swych przyjaciół, którzy zwykle ochoczo przyznawali, że rzeczywiście profesor polskich rysów twarzy i fizjonomii nie ma. Za grosz.

To nieodmiennie kończyło się wybuchem euforii i w końcu tę wersję pogmatwanych losów swojej familii przyjął Stefan za obowiązującą i skierował swą uwagę na inne tematy. Jednym z nich było prawdopodobieństwo trafienia szóstki w toto-lotka. Tu wykazał się cierpliwością, bo twierdził, że „na pewno kiedyś ich chapnie”. Raz nawet wyczytał w horoskopie, że stanie się to ok.2020 roku, co uspokoiło w znacznej mierze jego niepewność.

Na uwagę kogoś z boku, że będzie miał wówczas 90 lat i może po prostu nie dożyć terminu, Steve obruszył się, po czym zrobił malkontentowi wykład na temat długowieczności swojej rodziny. Wynikało z niego jasno, że 2020 r. to termin dla niego więcej niż realny, gdyż reprezentuje tej familii gałąź długowieczną i nie zdziwi się jeśli umrze nawet kilka lat po ukończeniu setki. To ucięło dalsze wątpliwości, choć niestety nie okazało się – z dzisiejszej perspektywy – trafną prognozą. Szkoda.

Niemniej w toto-lotka trafił którejś soboty piątkę. Według systemu swego taty z dobrym przedwojennym rodowodem. Pojawiło się pytanie, co zrobić z kilkoma tysiącami złotych, bo jak trzeźwo stwierdził profesor – wszystko przepić szkoda, a przejeść – wstyd. Za kilka dni przyszło objawienie z ogłoszenia prasowego – jedzie na trzy tygodnie do sanatorium w Kołobrzegu! Wypocząć, poznać nowych ludzi, porobić jakieś zdjęcia na nadmorskich spacerach – fotografia stawała się wówczas jego pasją.

I jakoś tak w październiku spakował się, ugotował 6 jajek, kupił chleb, dwa pęta kiełbasy, a po północy wsiadł w pociąg i zniknął. Wrócił 15 lat młodszy – pełen świeżej witalnej energii z kilkoma kliszami Kodaka do wywołania, z całą dokumentacją zabiegów medycznych jakim się poddał – co trzeba było na jego oczach, najlepiej nie kryjąc uznania – zanalizować. Dodatek ekstra z Kołobrzegu stanowił prezentowany przezeń z dumą gruby plik biletów na okoliczne dancingi z datami dziennymi od dnia przyjazdu do wigilii wyjazdu. Dzień po dniu!

Twierdził, że brylował na tamtejszych deskach niczym Fred Astaire, czym nieodmiennie wprawiał w kompleksy mężczyzn, czasem młodszych od siebie nawet o 30 lat. Ci gryźli wargi, podczas gdy kobiety tradycyjnie szalały na jego punkcie, pytając kim jest i skąd przyjechał. Taki obrót spraw zresztą najwyraźniej przewidywał – kamień z serca spadł mu przed wyjazdem w dniu, gdy kupił dopasowane jak ulał do swej stopy eleganckie lakiery.

W sam raz – jak mówił kolejnym gościom swej rezydencji – do tańczenia na lekkich nogach do rana. Takie bowiem pory schodzenia z parkietu generalnie preferował, co miało też miejsce – jak wspomniałem tydzień temu – na balu z okazji 50-lecia LO w 1996 roku. Tam był w swoim żywiole, bo ze swoimi absolwentami i o swoich absolwentach mógł rozmawiać godzinami. Wiedział przy tym, że jest dla nich „kimś”. Z tego zjazdu doniósł do domu z 70 na oko wizytówek – od generałów i pułkowników lotnictwa po poważnych biznesmenów i profesorów – byli tam wszyscy jego Andrzeje, Kasie, Kazik, Adaś czy Krysia z Teresą. Kogo zaś z ulubieńców nie dostrzegł – pytał później listownie o przyczynę i czekał cierpliwie na odpowiedź.

Te pozwalały mu z nadejściem posegregować nieobecnych na ludzi bardzo poważnych, poważnych i mało poważnych, którą to klasyfikację – na własny użytek – prowadził do końca wobec wszystkich, a najbardziej listonosza z emeryturą. Ten to, jak był u niego 22-ego jakiegoś miesiąca – był bardzo poważny, 23-ego – poważny, nazajutrz – stawał się mało poważny, natomiast jeśli dotarł do Steva dopiero 25-ego zyskiwał aż do następnej wypłaty miano osoby całkowicie niepoważnej! Pewno chłop nie wie, jakie meandry i sinusoidy swoich notowań były jego udziałem aż do tegorocznych wakacji.

Instytucją samą w sobie było w ogóle mieszkanie Steva, gdzie na gościa czyhały częstokroć pułapki w rodzaju zawieszonej nisko na żyrandolu oceanicznej ryby z kolcami wokół. Ta to nierzadko i samego gospodarza kłuła w łysinę, gdyż ten zwykł rozmawiać z gośćmi nie przestając ani na chwilę spacerów po pokoju zwykle w tempie marszobiegu. Nerwowo było zwłaszcza, jak nauczył się robić swojskie wino wg przepisu swego przyjaciela z LO, magistra Leona Bittla.

Pierwsze edycje „nektaru” – jak sam swój wyrób nazywał – były na tyle ryzykowne w wyglądzie i smaku, że nikt nie palił się do wypicia więcej niż jednego łyka. To, że gospodarz wypił np. trzy lampki i żyje nie stanowiło przy tym argumentu, gdyż według powszechnej opinii był niezniszczalny i nawet ciekły azot nie byłby w stanie mu zaszkodzić.

Robiono więc pewne uniki w trosce o własne zdrowie, ale mało kto miał odwagę, by otwarcie odmówić spożycia. Wybawienie przyszło niespodziewanie – ktoś włamał się do piwnicy, gdzie Stefan składował zapasy „nektaru” i je ogołocił, co profesor uznał za swój wielki triumf, bo nie zginęło nic innego. Zdecydował przy tym, że kończy produkcję, skoro byle kto ma to pić, z czym wszyscy się zgodzili.

Oj było wesoło!...

Leszek Olszewski

  2006-09-13  

Z komentarzami zapraszamy na forum
Wróć   Góra strony
102207711



REDAKCJA:
redakcja@kurier-ilawski.pl


Zaproszenia: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl






Pierwsza strona | INFORMACJE | Opinie | Kurier Zdrowia i Urody | Papierosy | CENNIK MODUŁOWY | Ogłoszenia drobne | Ogłoszenia modułowe
Stopka | Wyszukiwarka | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2024 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.