Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie, felietony
kogel-mogel
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie, felietony
Olszewski: Lubawa ma silne karty w ręku
Olszewski: Bookcrossing, co to? Stymulator głowy!
Kurpiecki: Uwaga – natura!
Olszewski: Kontrola, rzecz święta, wyjmuj dokumenta!
Kurpiecki: Niepoprawne myśli z kraju kiszonego śledzia
Olszewski: Gwiazda Karen Edwards zachwycona regionem Iławy
Olszewski: Słynny pan Macyra i inni w branży
Rochowicz: Zwyczaje swawolne
Olszewski: Gorzkie żale odjeżdżajcie!
Rochowicz: Sport i wartości w życiu Karola Wojtyły
Gonzalez: Dawid Bobasek
Olszewski: Tysiąc kilometrów via Pendolino w dobę!
Gonzalez: Radni za handlem, ale przeciwko. Koniec Manhattanu
Gonzalez: Pamiętacie taką dyskotekę „Gallus” w Iławie?
Rochowicz: Stadion miejski w Iławie czeka
Monika Binek: Strajk, a co z jakością nauczania?
Gonzalez: Z morza ruin powstało miasto Iława
Gonzalez: Nauczycielski strajk to... ucieczka od wychowania
Gonzalez: Lalka, która nie wróci nigdy
Rochowicz: Ronda z imionami czy bez?
Więcej...

opinie, felietony

2019-03-13

Olszewski: Weźcie schowajcie te telefony!


Na rozgrzanie mały szyfrogram. Ostatni wyraz z cudzysłowu przeczytajcie jak przedostatni, zobaczycie, jak śmiesznie zabrzmi! To dwie różne fonie, choć ta sama pisownia… Teraz zaś już będzie bez śmiechu i na serio. Otóż pisałem wam kiedyś, że nie chodzę do kina, bo mnie filmy nudzą, a panująca ciemność muli – za aktywny jestem na siedzenie i gapienie się w punkt. Co innego koncerty. Dobra muzyka, jak się ma wyczulone ucho – usłyszana na żywo zawsze da ci satysfakcję. U mnie jest tak: na pierwszym miejscu są Beatlesi, na drugim Chopin, a trzecie jest gęsto okupowane: od Ryszarda Wagnera i jazz, przez The Carpenters, Czajkowskiego, po Sinatrę czy Ravela. Worek tego całkiem pokaźny!

Rozgrzani? No to jedziemy. Towarzyskie obycie w odwrocie, czyli „mania nagrywania”. Tym się zajmiemy.

W Iławie na koncerty nie chodzę, ale nadarzyła się okazja, by pójść. Minionej soboty pojawił się w kinoteatrze sobowtór Louisa Armstronga, niejaki Troy „Satchmo” Anderson (trębacz), który wraz z towarzyszącym mu triem (fortepian, kontrabas, perkusja) miał wykonać (oczywiście samemu śpiewając) Armstronga wielkie standardy. Między innymi „Cheek to cheek”, „What a wonderful world” – skusiłem się!

O godz. 18:00 zająłem wygodne miejsce w jednym z ostatnich rzędów, na podwyższeniu – idealna widoczność, a cała sala niejako przede mną. Rozglądałem się z ciekawością, to był mój pierwszy koncert tutaj, z satysfakcją skonotowałem praktycznie 100% frekwencję. Uczta dla zmysłów ma tylu uczestników – tylko przyklasnąć. W skrócie zrecenzuję sam występ – idealny! Troy – faktycznie drugi Louis, świetny vocal, image wibrujący, luz, pozostali też 10/10. Show się odbył fantastyczny.

Ale wychodziłem jawnie na kacu – publika nawaliła, w kilkunastu przypadkach. Popsuto mi całość. Więcej się koncentrowałem (zdarzało się) na nich niż chociażby wirtuozerii pianisty. Na początku pięknie zgasły główne światła, pojawiło się punktowe oświetlenie sceny: czerwień, niebiesko – ktoś bez dwóch zdań umiał dobrać kolorystykę żarówek (reflektorów). Wszedł na scenę zespół, oklaski, pierwsza piosenka – melancholijna, z solówkami – świetnie skomponowane.

Tu jeszcze nie zwróciłem uwagi, ale zaraz zauważyłem koszmar. Miast słuchać i budować się akordami, miast po prostu siedzieć i się raczyć, ten i tamta zaczęli nagle grzebać w swoich telefonach! Bić nimi w oczy tych z tyłu i brać się czym prędzej do upamiętnień – babka poniżej nagrała chyba 40 minut, w ogóle nie bijąc braw, jej koleżanka omijała tylko antrakty, też nie bijąc braw, bo umęczona!

Rozejrzałem się, takich nieokrzesańców, parweniuszy było co niemiara – w każdym rzędzie jeden-trzech. Parada nagrywających smartfonów, która to jak drzazga burzyła pożądaną subtelność chwili. Znajomi, z którymi siedziałem obok, też zdegustowani, kiwaliśmy głowami, chciało się krzyknąć: „Schowajcie te pieprzone aparaty, jesteśmy na profesjonalnym koncercie, to nie Starówka w Krakowie i zespół uliczny!”. Co innego zdjęcie pamiątkowe przed lub po (nigdy w trakcie!), ale zbiorowe zacięcie, gdy wskazane jest po prostu być kulturalnym członkiem widowni? Szanującym innych poprzez cichy kodeks koegzystencji: wszystko wyciszamy, chowamy, słuchamy! Każdy z nas. Obycie tego wymaga, dla mnie to abecadło. Tego abecadła niestety zabrakło, prowincja sobie zatriumfowała. W Warszawie w teatrze nikt nie śmie nagrywać nawet sekundy przedstawienia!

Nie jesteś sam, ludzie siedzą z tyłu, z boku, nie miejsce i czas. W barze, kawiarni – rób, co chcesz, ale nie na zaciemnionej widowni – Chryste Panie! Na McCartney’u każdy nagrywał, ale to masowa impreza w hali, 22 tysiące widzów, sto krajów, wydarzenie życia dla wielu fanów, inny kaliber. Potrzeba wyczucia, iławianom w naprawdę mnogich przypadkach go najzwyczajniej zabrakło. Odpacykowane emerytki zwłaszcza gustowały w nagrywaniu: Troy żartuje, śpiewa, a ta dwiema dłońmi telefon przed nos i trzyma jak zaklęty. Niektórym podrygiwały ramiona, chodziły rytmicznie tułowia, stopy, im nic – drewniane kadrowanie. Mam nadzieję, że to czytają i zerwą z procederem, bo aż żal kogoś spoza zaprosić, by nagle i nieoczekiwanie dla siebie zderzył się z mnogością monitorów krztuszących mu źrenice.

Mnie już z czasem oczy męczyło, bo jak wspomniałem, miałem widownię na dole i czułem się jak w wielkim salonie sieci komórkowej na zbiorowej prezentacji sprzętu dla podnieconej klienteli! Gdzie miejsce na intymne obcowanie ze sztuką, na patrzenie przed siebie w zadumie, na przetransformowanie muzyki do wnętrza? Na taktowność nawet wobec współobecnych! Jeżeli to panująca maniera, to wyjaśniam – stricte tutejsza. Powyżej nieobecna. Dwieście mych bytności gdziekolwiek w większych miastach jest tu dowodem – takich praktyk nie uświadczycie, nikt by na to nie wpadł! Więc ma co wypadać z głów – kończcie z tym wirusem! Koncert w kinie to nie Święto Śmietany w Wikielcu, tam można więcej, nawet dużo więcej. Tu zaś pewne reguły i etykieta winny obowiązywać. Schludny strój, domycie i primo – nikogo sobą nie obciążam!

Jesteśmy widzami – wszyscy pod jednym, wspólnym mianownikiem, a imię jego savoir-vivre, ogłada, dżentelmeneria (jest taki termin!). Słowem, nie jem kanapek, bo zgłodniałem, nie krzyczę w trakcie, bo ładne, nie plotkuję z koleżanką, itp. Byłbym wdzięczny tym, którzy zgrzeszyli za zażycie tej erraty i gra, zapominamy o temacie! Grunt to wyjaśnić sobie wszystko nie półgębkiem, a w swoim gronie. Telefony więc do toreb, kieszeni – jedynie słuchamy na przyszłość, dziękujemy oklaskami, tak też prosząc o bisy… Porost szyku i dystynkcji wszystko załatwi, odróbmy tę lekcję priorytetem. Przy okazji gratuluję Iławskiemu Centrum Kultury wyśmienitego (że użyję przenośni) dania, oby więcej tak celnych strzałów! Ludzi trzeba obznajamiać ze sztuką wyższą niż sztuka mięsa czy sztuka folklorów wiejskich.

Przeszedłem małą „sztukę przetrwania” – myślę, że po raz ostatni, stąd potrzeba wyartykułowania pól minowych mi nadeszła i już po niej. W pociągu również jak dzwoni telefon komórkowy, warto wyjść z przedziału i rozmowę prowadzić na korytarzu, na uboczu, dyskretnie. Nie ma naturalnie takiego obowiązku, jak i nie ma obowiązku stania podczas hymnu państwowego, jednak z takich drobiazgów (a może i nie) ulepia się „człowiek plus”, należytego kalibru. Jestem zawsze ujęty, jak do kogoś dzwoni telefon, a on odchodzi na bok, miast uzgadniać przy współpasażerach: „Dwa kilo indyka wziąłem, bo był w promocji, trochę damy Jadźce, na imieniny będzie miała, resztę się zamrozi, co nie zjemy. A Kazik był oddać wiertarkę? Pożyczyć to on umie, czekaj ja go jutro dorwę, będzie biedny! Leki na nadciśnienie mi weź z apteki jeszcze, bo będę późno, a na kolację może ugotujesz dwa jajka na miękko, co? Kiełbasa jest? Halo…! Jest kiełbasa? To dobrze!” itd.

Nawet przy stoliku kawiarnianym człowiek powinien odejść, co dopiero w pociągu, na pełnej „obczyźnie”! Czytałem kiedyś we wspomnieniach Nałkowskiej, że na imieniny właśnie (vide Jadźka) zwizytował ją raz pewien profesor warszawski. W domu pełno literatek, do tego dwu szacownych panów. Wszyscy się znali i wiedzieli, że profesor ów niedawno przebył bardzo poważną operację wycięcia płata płucnego, co związane było z nowotworem, z jego przerzutami. Był potężnie obolały, zmizerowany na twarzy, przyszedł z kwiatami. Nałkowska zanotowała potem z wyrazem wielkiej admiracji dlań, że ani sylabą o tym nie wspomniał. Brał udział w rozmowach, prosił o drugą filiżankę herbaty, kawałek ciasta, a o chorobie nic, pół słowa! Trudno o lepszy przykład lordowskiego wnętrza moim zdaniem, za niekulturalne uznał ów obarczanie kogokolwiek swoim dramatem – wielka, wielka klasa!

Wielką klasą – że pozostaniemy przy aktualnościach marcowych – wykazuje się ktoś na osiedlu Podleśnym, na tyłach jego. I musi to być zespół, więcej niż jedna osoba – wszystko na to wskazuje. Biegając tamtędy może we wrześniu-październiku gdzieś, odkryłem nieoczekiwanie na trasie cztery solidne domki dla kotów, pobudowane zapewne z myślą o sezonie jesienno-zimowym. Stoją one tuż koło płotu oddzielającego osiedle od działek. Wszystko na uboczu, nikomu to nie przeszkadzające, nikt tego nie niszczy, petycji nie pisze – idealnie. Jestem tam teraz częstym gościem, kotów w porywach powyżej sześciu, nie boją się ludzi – dobry znak, nie mają złych przeżyć, traum. Nie wychodzi mi, żeby damska ręka zbiła te domki, ale słyszałem, że to pani X codziennie je karmi, nie sama od czasu do czasu – tyle wiem.

Wspaniali ludzie, widzę, w tych blokach, nikomu w głowie tego rozwalać, a ile materiału i wysiłku poszło w stworzenie kociego zaułka! Cisi bohaterowie są wśród nas, o tych chciałem wspomnieć nad innymi, bo Podleśne czasem ma opinię menelstwa, jakżeż niezasłużoną. Widzę tam chłopaków z piwami w ręku, dresy, ale grzeczni, towarzyscy, rozstępujący się na widok biegacza – to o czymś świadczy, o nader pokojowych zamiarach! Kociarzom sprzed wieży ciśnień przesyłam wielkie wyrazy szacunku i do zobaczenia jakoś, pogadamy, jak uda mi się was namierzyć. Póki co publikuję zdjęcie stworzonej przez was enklawy, niech rozsławi się ta na całe miasto! Bierzcie z nich przykład, gdzie nie zamieszkujecie, oto prawdziwy obraz ludzkiego serca, przez duże „S”. Bezdomne stworzenie to zawsze szansa na wydobycie z nas tej dużej „L-ki”, klęczę przed takimi twardo!

W moim bloku też teraz działa się przedziwna historia. Przypałętał się nagle kotek. Bury, przesympatyczny, każdego zaczepiał, z każdym chciał się bawić, z wilczurami również. Mentalność podlaska – wszystkich kocha. Nazwałem go Filemon, bo był ongiś kot Filemon, uznano to imię. Spał w okienkach piwnicznych, sąsiadka zaniosła mu swój sweter, druga mleko przydała, inna kupowała karmy, jeszcze inna zdecydowała się w mróz wziąć go na noc – szaleństwo z Filemonem wybuchło! Długo go nie było, okazuje się sąsiad nr 5 zabrał z polecenia żony, ale drapał rano, to wyszedł na świat. W sumie pół bloku go wpuściło w swe progi, ja nie, bo mam trzy koty i by wybuchły zamieszki, jak nie rozruchy! Generalnie lubił pobyty wczasowo-leżowe po pokojach i wersalkach, ale rwało go pod krzaki, do liści – takowe jednostki też się rodzą.

Aż zniknął trwale. Nikt nic nie wie! Gdzie Filemon, pytali wszyscy wszystkich? Widział pan? A wczoraj był? Karma nietknięta… Panika ma wielkie oczy – przejechano go, zginął, lis zjadł, pterodaktyl porwał! Najbardziej niepozorna w końcu z sąsiadek ujawniła realia – wracałam z pracy i nie zastanawiając się wiele, Filemona pod rękę, do mnie! Nie chce wychodzić, został, amen. To od niej usłyszałem, nie wiedziała o blokowej panice, podjęła decyzję i koniec. Od tej strony zawsze iławian chwalę, bo przykłady wciąż pęcznieją i napływają nowe, jak z tym Podleśnym. Znałem starszego doktora weterynarza, który nawet w Wigilię i święta jeździł do kotów na działki. Ex-dyrektor „budowlanki” Stanisław Kumórek do Siemian wręcz dojeżdżał, popołudnie w popołudnie z puszkami i suchą karmą! Nie mówił o kosztach benzyny, monetarnych – mój ojciec go za to stawiał na pomniki.

Nie chodzi tu nawet o koty, ale o altruistyczną pomoc, bo po prostu tak nam sumienie dyktuje – tu jest brylant w mieście koło Dziarn zasadzony. Domków na Podleśnym nikt nie niszczy, nie dewastuje, przy rzekomo złej młodzieży. Ktoś nakleił jej metkę i łatwiej mu żyć.

Krzepią mnie filmy stąd karnie stojących aut na przejściu dla pieszych o porannym szczycie, bo kaczki przechodzą, familia 46-osobowa! Widzę kierowców przystających, by przetuptał jeż, by nie potrącić zbłąkanego pieska. Ale jesteśmy inni prostactwu, winszować! Bo jest ten poziom obserwacji, gdy wydaje się, jesteśmy sami, a jednak nie! Pana stojącego przed jeżem zaobserwowałem o północy na obwodnicy, wyszedł, poczekał, odjechał. NIL rejestracja, drogi wóz, dobrze ubrany, miękki, cudowny człowiek. Cholera, a może i on w sobotę nagrywał koncert „Satchma”? Ma wybaczone, wszyscy mają, piszę z życzliwości, tylko!

Doceńcie to, o ile to możliwe, za fajni jesteśmy na inne tekstury, i tyle na dziś!

LESZEK OLSZEWSKI






Kocia enklawa na Osiedlu Podleśnym w Iławie.
Niech ten projekt zyska należną mu sławę.
Chylę głowę przed pomysłodawcami.
Słyszałem o codziennym dokarmianiu, dbaniu
o widoczne czworonogi. Bierzcie inni przykład!





  2019-03-13  

Wróć   Góra strony
125079963


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie, felietony | kogel-mogel | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2019 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.