Logo Kurier Iławski

Pierwsza strona
INFORMACJE
Opinie
Kurier Zdrowia i Urody
CENNIK MODUŁOWY
Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe
Stopka
Wyszukiwarka
FORUM

Opinie
Dział OPINIE tymczasowo zawieszony
Dumne cztery pokoje burmistrza (oklaski)
Dekalog dla wyspy Wielka Żuława
Sezon na grzyby
Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Pozostały tylko obietnice
Epidemia paradoksu
Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Nic się nie stało. Jedziemy!
Ciemność widzę!
Turystów może to nie irytować?
Śmieci nasze powszednie
Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Ulica księcia Surwabuno
Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Na młode wilki obława…
Serdeczny szwindelek
Więcej...

Opinie

2017-12-27

Olszewski: Sny o powrocie do dawnej potęgi


Kiedyś byłem na bieżąco w sprawach związanych z Jeziorakiem i piłką nożną na stadionie przy ulicy Sienkiewicza w Iławie. Ojciec mój, Zenon, od kiedy pamiętam, był lekarzem klubowym, zabierał mnie od dzieciaka na każdy mecz na stadionie. Już jako 6-latka karmił mnie gazetami z wynikami i tabelami. Opowiadał o arkanach futbolu, uczył oglądania pojedynków.

Fanatyzm, wydaje mi się, kiedyś był większy. Że użyję tego sformułowania: „Na Jezioraka” chodzili ludzie wykształceni i z pozycją, w średnim wieku, urzędnicy, nauczyciele.

Pewien kierowca pogotowia, obowiązkowo na meczu pod krawatem i elegancko zaczesany, tak się raz ucieszył z gola na 3:2, iż upuścił dwumiesięczne dziecko wprost na beton! Obie ręce wyrzucił w geście triumfu do góry, skacząc przy tym jak z katapulty – taka mała anegdota.

Poniedziałkowa „Olsztyńska” była przez lata lekturą obowiązkową, z niej dowiadywało się, jak zakończyły się inne mecze, bo skąd? Polskie Radio na swoich falach takich rzeczy nie podawało.

Pamiętam, jakie zjeżdżały tu teamy: Metalowiec Mrągowo, Warfama Dobre Miasto, Gwardia Szczytno – ostatnia zwykle za silna nawet na remis.

Z piłkarzy furorę robił wtedy mój dzisiejszy znajomy – Piotrek Lange. Filigranowej postury, którego bajeczna technika i balansowanie ciałem niejednego zwalistego obrońcę wkręcały w trawę i doprowadzały do rozpaczy nad własną beznadziejnością!

Rytuał w domu mieliśmy taki, że mecz w niedzielę o 15:00, to obiad o 14:00 i karetka przyjeżdża po nas pod dom 14:30. Na stadionie odłączałem się od ojca, by zająć dobre miejsce na trybunach. Szukałem koleżanek, kolegów – liceum było bogato reprezentowane, podstawówka w sumie kilka lat wcześniej też.

Po meczu zawsze matka do ojca: „Jaki wynik?”. Taki, a taki. „Jak grali?”. Tak, a tak. „Ludzi trochę było?”. Było. Wracałem do lekcji, a Zenon przez pierwsze dwie godziny nawiedzał mnie w pokoju i analizował sytuacje: „Jak on mógł tego nie strzelić, widziałeś?”. „Za tydzień wyjazd do Ostródy – przerżną jak będą tak grali!” i temu podobne dysertacje. A za tydzień po meczu czekanie, aż ktoś poda wynik z Ostródy, dojedzie. Czasami łapałem ludzi na mieście, by zadzwonić do ojca do szpitala ze znamiennym: „1:1”. „Skąd wiesz?” – pytał (gen pytania po babce, która zawsze dopytywała: „Kto powiedział?”). Odpowiadałem po głupiemu: „Z układu gwiazd”, po czym – już serio – informowałem go, kto mniej więcej mi to powiedział – co usatysfakcjonowałoby też babkę. Matka, niby kobieta książkowa, ale i ją wiadomość o remisie żywo interesowała. Może chwyciła minibakcyla dzięki nam?

Swoisty boom klubu nastąpił, gdy rządził na szczycie w II lidze. Przyjaźniłem się wtedy z Jarkiem Talikiem, bardzo bliski był mi Sławek Makowski, Paweł Pasik, Zenek Zientarski, Sławek Święcki. Trzon tamtego dream-teamu. Chłopaki mieli talent do gry, nie li tylko predyspozycje, a to przeróżnica. Gros piłkarzy na hali ma o niebo lepsze warunki fizyczne niż Messi, a nie osiąga niczego, dosłownie. Maradona cieleśnie był nikim przy moim sąsiedzie lekkoatlecie, a świat dziwnym trafem go zapamięta, po kres. Tak to jest, że pojawia się geniusz, a potem każdy patrzy, jak ów wygląda.

Geniuszem był Hitler, Lennon, Piłsudski, Mozart – nic na jego zrodzenie się nie poradzisz. Dlatego Jeziorak połowy lat 90. to zenit możliwości klubu. Płynniej i celniej prowadzić piłki nie będzie się umiało jeszcze długie, długie lata.

Po tej belle epoque straciłem kontakt z bazą, z przeróżnych przyczyn. Raz, że ojciec się rozchorował i przestał bywać na meczach, a dwa – zainteresowanie wygasło naturalnie. Jakieś niższe ligi, likwidacje, reorganizacje, spadki. Są wyższe cele niż zajmowanie się tymi w sumie bzdetami, wszak życie to sięganie gwiazd, nie miast. Na powrót jednak wszedłem w biznes. W krótkim czasie spotkałem się w przededrzwiu marketów z wiodącymi trenerami regionu. Nie kryłem się z onegdajszym resentymentem, odbyliśmy konkretne rozmowy. Spojrzałem dzięki nim w konkrety zza kulis, bez cukrzenia!

Jeziorak, usłyszałem, pnie się ku piątemu poziomowi rozgrywek i pewnie go osiągnie wiosną – chwała odbudowie! Wikielec znowuż spadnie – wieszczą do maja z „czwórki”
(mimo nazewnictwa „III ligi”) do „piątki” i będą derby, na które z góry się zaprasza. Przewrotnie: wieś spadkowiczem z góry, metropolia w awansie na górę. Widywano takie odwrócenie przymierzy acz i robiono zdjęcia na pamiątkę starych, zużytych tabel.

Majaczą derby z Unią Susz – dojdą poważni przeciwnicy, bo granie po wioskach pewnym związkom nazewniczym w rodzaju Jezioraka nie przystoi. Tylko Olsztyn zaszedł podobnie wysoko, a nawet wyżej w tzw. „kopaną” i tę drabinkę trzeba się starać naprawić.

W ogóle Wikielec, z tego, co sobie naświetliłem, to przedziwny przypadek ludzi oddanych mu bez reszty. Tj. pana Jajkowskiego i Krzysia Sadowskiego – obu pozdrawiam.

Kiedyś branżowo ta wieś Wikielec nikomu nic nie mówiła. Raz Jeziorak zagrał mecz ligowy w Wikielcu, z nieznanych przyczyn. W „Gazecie Olsztyńskiej” poinformowano rankiem, iż mecz odbył się w „Inkielcu”! Poważnie, łzy wypłakiwałem z ojcem na to przeinaczenie. Czyli nikt nie miał pojęcia, gdzie statystyczne, wzięte z „Konopielki” Taplary „se” leżą. Pojawienie się tam w miarę profesjonalnego klubu, potem profesjonalnego, teraz stadion oświetlony, to jest szok! No i fakt, dokąd doszli. Rywale „Inkielca” to w tej chwili (przejrzałem) Polonia Warszawa i Widzew Łódź. A Jezioraka dla odmiany Fortuna Gągławki i Płomień Turznica (gdzie to?). Jedno i drugie minie jednak na 99% i osiądą te dwa wielkie podmioty między Suszem, Granicą Kętrzynem, Lubawą czy Giżyckiem. Nie najgorzej, choć Jeziorakowi proponuję wydostanie się z tego grona, schodek wyżej i po misji.

Dzięki klubowi z iławskiej ulicy Sienkiewicza mam masę kabaretowych wspomnień i jedno anihilacyjne, wręcz unicestwiające mój byt fizyczny.

Otóż przeżyłem w kontekście Jezioraka kaca życia! Przed pewnym czerwcowym meczem z Górnikiem Łęczna, gdy klub rządził i dzielił na zapleczu ekstraklasy. Generalnie wówczas w ogóle nie piłem, nic – i to mnie zgubiło. Trening czyni mistrza, nawet pobieżny, nieczęsty. Pełna abstynencja zaś czyni z organizmu jakiś twór pomostowy – nieodporną na alkohol wydmuszkę. O tym przekonałem się wcześniej. Miałem okres sześciu lat niczego na procentach do ust i w Boże Narodzenie zjadłem z bombonierki czekoladkę z alkoholem – nieświadomie. 15 sekund kręciło mi się w głowie – dorosłemu, wysportowanemu chłopakowi! Po tych sześciu latach pozwalałem sobie od czasu do czasu na jedno piwo, małą lampkę koniaku, takie dawki wagi muszej.

I tak się złożyło, że w piątek przed meczem z Łęczną dwóch zawodników pierwszej jedenastki, obu z importu, znanych w Polsce, obchodziło urodziny, na które byłem zaproszony. Szczerze mówiąc, nie paliłem się – ani ze mnie ktoś pijący, ani jedzący. Mieli być jednak goście z Warszawy, Poznania – nalegano, więc wziąłem taksówkę ok. 22:00 i dobrnąłem do doborowego grona. Zaznaczyłem: „Jedno piwo i siedzę”. OK, powiedziano, gra! Niestety za godzinę sięgnąłem po drugie, bo to jedno mnie uśpiło – typowy objaw piwny. Potem pojawiło się trzecie. Dość, że do domu zlądowałem trupem wbrew sobie. Czy żołądek nie jadł, czy słabość abstynenta się pokazała – do dziś nie wiem. Wszyscy inni byli równie spompowani, jeśli nie bardziej. Wstałem nieprzytomny po 12:40, raczej nie kontaktowałem, że w ogóle żyję – zwłoki.

Z czasów idioty wiem, że żeby przepatrzeć na oczy, muszę klinem wybić klin. W tym celu idę na Plażową do X-a, wypróbowanego przyjaciela – niech ratuje. Na wysokości parku z jednego lokalu wołają mnie wczorajsi uczestnicy, w komplecie! Torby na mecz przygotowane, jedzą obiad, piją Johnnie Walkera, bo też umrą. Wyglądają fatalnie – zgrane karty tego dnia, czerwone oczy, opadłe dłonie. Siadam z nimi. Wszyscy wolimy siedzieć niż zrobić krok, a oni na stadion za godzinę, o 15:00 zbiórka. Idę na Plażową w nadziei, że trener nie wstawi nikogo z balujących do składu, da odpocząć – wystarczy wszak spojrzeć. Każę znajomemu włączyć radio, reporter czyta skład – wszyscy grają od pierwszej minuty! W okolicach przerwy znów włączamy radio – 0:0, przygniatająca przewaga Łęcznej, słupek, poprzeczka, ale jakimś cudem remis.

Druga połowa bez zmian w składzie! Łęczna dalej cisnęła, wynik utrzymał się do 90. minuty, kiedy Jeziorak wykonał jedyną kontrę meczu, wydostał się z oblężenia i strzelił na 1:0! Gdy spotkaliśmy się wieczorem u jednego z nas, chłopaki uznali to za cud. Wszyscy twierdzili, że od początku nie widzieli nic przed sobą, tylko jakieś kropki i żyłki biegające im przed oczami. „Cud nad Jeziorakiem” z udziałem Jezioraka wydarzył się już więc na 100%. Chociaż nikt o tym nie wie. Nic tylko oczekiwać teraz objawień Maryjnych albo jakichś pomniejszych świętych czy męczenników! Przy okazji – był to mój ostatni kac w życiu, absolutnie nie do zapomnienia. Chyba że Alzheimer mnie weźmie, na co nie liczę.

Dużo wcześniej od tej pijackiej historii Jeziorak grał w Łapach mecz z Pogonią. Pełne Podlasie – Kargul na Pawlaku. Jechał samochód z „budowlanki”, wsiadłem z ojcem, bo matki wieś rodzinna 5 km dalej – też Kargul na Pawlaku, wszyscy od lat 3 do 104. Był początek rundy wiosennej, Wielki Tydzień, to wzięliśmy familii skrzynkę alkoholu od nas i coś tam jeszcze – nie pamiętam. Nie żarcia, bo tam wszyscy grubi, a jedzenie i jego zapasy są tematem nr 1 życia. Temat zaś 0, priorytetowy to modlitwa, czy masz lat 3 czy 104. Specyficzna ziemia specyficznych ludzi. I przed meczem, pamiętam, robiłem za tłumacza, pytaliśmy „łapian”, gdzie stadion? Ci trajkotali, a zaciąg z „budowlanki” niczego nie rozumiał. „Musi” to u nich „chyba”, „bedzie” – „wystarczy”, tego jest tysiące i ja to łapałem, bo inaczej byśmy stadionu długo po meczu jeszcze szukali! Sam mecz 1:1, w Łapach grał taki łysy Kojak na obronie i biegał od linii do linii, mimo że akcja zwykle toczyła się w innych rejonach boiska!

Wół roboczy z dobrym genotypem. W Jezioraku się stało, gdy nie było nic do roboty. Rozmowy prostego ludu z Łap podniecały ekipę naszego busa, oni po jednym zdaniu wiedzieli, że jesteśmy z Iławy: ładnie ubrani, poprawna polszczyzna – ot, swołocz krzyżacka! Tak raz się nam dostało, na szczęście bez mordobicia i ucieczki na parking.

Świetnie znam też starych wiarusów z Jezioraka – Krzysia Jackowskiego, legendarnego „Zębala”, Jasia Kruka, Zbyszka Pawłowskiego. Ich występów nie pamiętam, choć słyszałem, że Janek puścił kiedyś gola z połowy boiska. Co bramkarz, to jedna arcywpadka w życiu – uroki zawodu! Za to Waldek Pałyga jest jedynym piłkarzem klubu z Sienkiewicza, który strzelił bramkę dla reprezentacji Polski, z czego wielokrotnie się śmialiśmy. Nie dostał honorowego obywatela miasta – tak się nie robi!

A ta bramka wpadła w ten sposób, że Jeziorak grał latem któregoś roku z reprezentacją Polski, która mieszkała w Zajeździe. A na ogniska organizowała się na wyspie i Waldek kropnął samobója na 0:1, czyli z każdej strony strzelił bramkę dla reprezentacji Polski! Nie ma najmniejszej sfery niedomówień, prawda? Waldek zdaje się dziś w Anglii, pozdrawiam świątecznie i noworocznie jego i Stasia Kociędę, wspaniałego pomocnika, świetnego kompana – stu lat chłopaki! Ja ich wszystkich znam, bo urodziłem się wydarzonym werbalnie sportowcem, nie jakimś gugusiem i się gadało, czasem piło – wszystko, co ludzkie, było nam nieobce!

Moja matka jako osoba śmiertelnie poważnie do wszystkiego podchodząca, nie mogła zrozumieć sytuacji, jaka wydarzyła się po meczu pewnej Wielkiej Soboty w budynku klubowym. W gabinecie prezesa, czy nie wtedy Benedykta Gaca, świętej pamięci, cholera? Szkoda mi go, bo młodo się wypisał z tego padołu, ba!

Ale ad rem: Wielka Sobota, jak wiadomo post, lecz spotkanie bossów okołoklubowych rzecz prestiżowa. Także pod kątem menu. Nie zabrakło więc na talerzach kiełbas, szynek, kotletów, w kieliszkach wódeczki. Ciasto stało na paterach, do tego sałatka warzywna w majonezie – przepych weselny. A jeść się chciało: dwie godziny meczu, za dużo tlenu w płucach, ten pobudza apetyty. Wśród zaproszonych na imprezę był też ksiądz, bodaj z „czerwonego” kościoła. By poświęcił grunty i gmachy wielkanocnie – przybył z chęcią. No i jak wszyscy, duszpasterz trochę wypił, zajadał się ofertą, bez powiedziałbym robienia wyjątków. Co mógł, to pospożywał. 45 minut, pożegnania i wracamy do domu.

Ojciec opowiada matce mecz i o spotkaniu, że ksiądz opędzlował ze specjalnym upodobaniem wędzoną polędwicę. A ta nie wierzy – niemożliwe! Niemożliwe – ciągnie ojciec, to to, że tyle w siebie zmieścił, był absolutnie pierwszym z konsumentów, a chudy. Matka dalej – nie uwierzę. To spytaj Leszka. Potwierdzam, przewielebny pozostawał duszą towarzystwa i ciałem połykającym nr 1. Nikogo to przy okazji nie dziwiło – męskie imprezy mają swój prostolinijny urok. Tak jej to weszło w „niemożliwe”, że wierząc co prawda – dziwiła się całe święta i trochę po, w telefonach do swych babek – ksiądz w Wielką Sobotę jadł mięso i wędliny, wyobrażasz to sobie? Babki sobie nie wyobrażały, ot najprostsza różnica między płciami i ich percepcją. Świat, jak widzicie, jest za brutalny na niewieście ideały oraz facecje.

Ostatni mecz, na jakim byłem, z Wawelem Kraków, bardzo wrył mi się w pamięć. Przypadkowo miałem gościa – iławianina z USA, który zaprosił na spotkanie swojego wychowawcę z „mechanika”, kolegę ze szkoły (z Miłomłyna) i mnie. Zamierzali na meczu wypić litra wódki – we trzech. Umówili się za dnia, że chłopaki kupują wódkę i kabanosy, a leciwy pedagog (na oko 77 lat) popitkę. Colę, pepsi, cokolwiek. I siadają wszyscy na meczu, gwizdek, kieliszek spod marynarki, a tu nauczyciel, okazuje się, przyniósł 0,25 l wody mineralnej! Obstawał, że ta kropla wystarczy. Wystarczyła na dwa łyki. Klęli go, żartowali, a spotkanie skończyło się zwycięstwem 5:4. Niżej siedział facet. Po każdym golu dla Wawelu krzyczał: „O k…!”, a dla Jezioraka: „Jezu, jest!”.

Niech to wróci, niech hece wrócą na stadion przy ulicy Sienkiewicza w Iławie!

LESZEK OLSZEWSKI






Iława, stadion miejski, początek lat 90.
Pogotowie medyczne podczas meczu piłkarzy Jezioraka.
Na lewo od karetki: Zenon Olszewski, znany lekarz.
Obok: Stanisław Piasek, znakomity fizjoterapeuta
i przeuroczy kompan w dyskusjach





  2017-12-27  

 TWOJE ZDANIE

Wróć   Góra strony
94304033



REDAKCJA:
redakcja@kurier-ilawski.pl


Zaproszenia: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl






Pierwsza strona | INFORMACJE | Opinie | Kurier Zdrowia i Urody | CENNIK MODUŁOWY | Ogłoszenia drobne | Ogłoszenia modułowe | Stopka
Wyszukiwarka | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2022 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.