Logo Kurier Iławski

Wejście
Pierwsza strona
INFORMACJE
OPINIE
Zdrowie i uroda
Wyszukiwarka
CENNIK MODUŁOWY
Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe
FORUM

OPINIE
Internetowy dział OPINII tymczasowo zawieszony
Dumne cztery pokoje burmistrza (oklaski)
Dekalog dla wyspy Wielka Żuława
Sezon na grzyby
Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Pozostały tylko obietnice
Epidemia paradoksu
Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Nic się nie stało. Jedziemy!
Ciemność widzę!
Turystów może to nie irytować?
Śmieci nasze powszednie
Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Ulica księcia Surwabuno
Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Na młode wilki obława…
Serdeczny szwindelek
Więcej...

OPINIE

2015-06-03

Olszewski: O nietrafionych prezentach anegdotyczny pejzaż


Dzisiaj mam imieniny. Rodzice mądrze dali mi na imię, choć w gruncie rzeczy nie dali i ta anegdota za moment. Niemniej urodziłem się 8 grudnia, imieniny zaś w czerwcu. Całe więc życie przyjmowałem dwa razy do roku i gości, i prezenty – równo prawie co sześć miesięcy. Nie było „ale”, żeby przegapić. I tak mi przyszło o chybionych prezentach na przestrzeni lat wspomnieć… Zanim jednak wejdziemy w ten zajmujący temat, zdradzę tę anegdotę z imieniem!

Tak się złożyło, że urodziłem się w Olsztynie. Matka w Olsztynie wtedy pracowała i tam też na oddziale ginekologii położyła się feralnego czasu! Ojciec do niej dobił, wziął urlop ze szpitala, posiedział kilka dni, no i się doczekali. Dzwonią wieczorem do Iławy do babki (urodziłem się po godz. 20) z radosną nowiną, a babka – jak to miała w zwyczaju pod nieobecność obojga rodziców – zaprosiła kółko emerytek i impreza. O nie najmniejszej ilości spożytego alkoholu. To znaczy nie tak, że ktoś leży na dywanie i nie daje znaku życia, ale za kołnierze i staniki nie wylewano. Ojciec na koniec rozmowy powiedział, że wybrali imię i poprosił swą matkę, by nazajutrz poszła do księdza do „czerwonego” kościoła i dziecko zapisała. Tyle że na drugi dzień babka to imię zapomniała i ranek spędziła na żmudnej pracy z własnym umysłem, by jej podał na powrót, za czym Zenek optował.

W końcu stwierdziła na 80%, że było to Leszek. Włożyła więc buty, landrynka miętowego w usta i poszła do przewielebnego 100 metrów dalej (mieszkaliśmy w ośrodku zdrowia) zapisywać. „Ksiundz” wziął jakąś księgę, datę urodzenia wpisał, płeć, imiona rodziców i pyta o imię, to Hela tak półpełnie: „Chyba… Leszek”. I tłumaczy proboszczowi, że… telefon miała po północy, była zaspana, stąd nie jest pewna! Ksiądz każe spokojnie się zastanowić, mija chwila i Hela pieczętuje: „Leszek, na pewno! Było „sz” na końcu, wpiszmy Leszek”. Wpisu dokonano, oficjalnie, babcia dostała kopię i wróciła do domu. Stawiam, bijąc się dalej z myślami, czy kolumnowej sprawy nie spieprzyła? Jakiś margines musiał jej podpowiadać, że mogła! Megapomyłka wyszła nazajutrz, kiedy ojciec wysiadł na dworcu głównym z pociągu, wziął taksówkę i zameldował się w domu, przyjęty przez mamę obiadem.

Siadł do stołu, pyta, czy u księdza załatwione. Babka, że tak, wczoraj. Idzie po dokumenty, pokazuje mu i… ojcu aż łyżka w talerz z rosołem wpadła, bo widzi, że ma syna o imieniu Leszek! Ostro spojrzał na babkę, raczej zdał sobie sprawę, skąd pomyłka się wzięła i może klął, że nie urodziłem się za dnia, kiedy babka byłaby trzeźwa. Wysylabizował jej następnie: „Nie mówiłem Leszek, a Dariusz! Tak ustaliliśmy z Niną, skąd ten Leszek!?”. Babka na to cofniętym głosem, że usłyszała „sz” i na drugi dzień obudziła się z tym „Leszkiem”. Ojciec nie chciał matki stresować. Dopiero jak wychodziła ze szpitala z „Dariuszem”, powiedział jej, że nie będzie „Darka”, będzie „Leszek”. Co w sumie jest o tyle fajne, że Darków lubię mieć kumpli, ale imię mnie nie powala, a Leszków jest mało. Per saldo więc chwała Heli, że imprezowała (może za szczęśliwe rozwiązanie) tego grudniowego mroku i nie zapisała mnie np. jako Ildefonsa czy Polikarpa… Krzywdy zatem nie ma, a „Dariusz” dali mi na drugie i pax christiana, rozruchy rodzinne jakoś z tego powodu nie nastąpiły. A – obiektywnie przyznajmy – alkohol ma swoje prawa i większe nieszczęścia z jego nadużyć wynikały.

Koniec anegdoty, teraz przejdziemy do prezentów, które czasem pasują do nas jak świni siodło. Ale wypada wdzięcznie za nie dziękować, krzywiąc w nieszczerym uśmiechu usta i piejąc peany: „No coś pięknego!”. Chociaż nie zawsze się udaje. Koleżanka w środku podstawówki jak dostała od rodziców na urodziny aparat fotograficzny, to rozpłakała się, robiąc im karczemną awanturę, bo spodziewała się roweru. Tyle że ten był deficytowy, a aparat jakoś zdobyli. Cała impreza stała pod psim klimatem, bo ta ryczała, co zobaczyła ten aparat. Ostentacyjnie odmówiła dmuchania świeczek na torcie, a gdy mama wniosła kanapki, odwróciła się do niej pupą i patrzyła w ścianę!

Do dziś pamiętam te wyjątkowe urodziny. Inna sprawa, że koleżanka nie była zrównoważona emocjonalnie i nawet w szkole ryczała z byle powodu, jak ktoś jej np. do zupy wrzucił plastelinę. A takie sytuacje były na porządku dziennym – raz ty wrzucałeś, innym razem tobie wrzucano. Żyliśmy z tym bezstresowo, a plastelina była przechodnia. Mnie rodzice kiedyś kupili właśnie 3 czerwca encyklopedię. Opasłą, jednotomową, świeżo wydaną. Ciekawe to było nawet od dechy do dechy czytać, ale spodziewałem się czegoś więcej. Kończyłem akurat podstawówkę, a do tego pisałem wieczorami dużą pracę do szkoły muzycznej o Chopinie. Ojciec i matka wiedzieli o tym. Od razu więc rzucili, wręczając mi wielką, książkową cegłę, żebym Chopina tam poszukał, bo warto. „Poszukam, poszukam!” – odparłem, wiedząc, że… nie poszukam. Praca miała się ku końcowi, nie było sensu.

Na drugi dzień pytają, czy encyklopedia coś pomogła z Chopinem? Ja na to, że bardzo i podziękowałem jeszcze raz za prezent. Po trzech dniach dalej dziwnie zagadują, czy z niej korzystam, czy fajna? To klepię, że w każdej wolnej chwili przeglądam, czytam i tak po może dwóch tygodniach wzięło mnie, żeby w końcu do niej zajrzeć. Padał deszcz, nie poszedłem na granie w piłkę, okazja jak nigdy! Brnę więc w literę „A”, dochodzę do „B” i w końcu, mówię, znajdę tego Chopina… Literuję, szukam, przewracam kartkę, a tu na stronie o Fryderyku cienka koperta i obok wygrawerowane serdeczne życzenia od kochających rodziców. A w kopercie z 1000 zł na dzisiejsze, fortuna dla gówniarza! I to – okazało się – był prezent nr 1, nie ta cholerna encyklopedia w pomarańczowej okładce. Od tamtej pory mam zasadę, że nawet najbardziej nietrafione granty trzeba otworzyć, bo a nuż niespodzianką nie jest skarpetka, a kilo złota w jej środku. Może nawet wręczający o tym nie wie, a producentowi skarpet się zawieruszyło – trzeba być czujnym, to już Dzierżyński nauczał.

Teraz o prezencie nietrafionym, choć przeciepłym dla serca – absolutnie ambiwalentne uczucia wzbudzającym. Profesor Zbysiński z liceum raz wymógł, bym koniecznie w urodziny go odwiedził. Wyczułem, że coś mi szykuje, wziąłem więc koniak w teczkę na odwdzięczenie i lecę. W kantorku na przerwie obiadowej grono składających życzenia: dwóch kolegów, woźny szkolny, gospodarz, Stefan Trykacz, Henryk Pukianiec. W papierze widzę zawinięte płótno, obwiązane sznurkiem. „Felek” proponuje – przetnij nożyczkami! Kogo on mi namalował – myślę? Brnę nożyczkami, opornie idzie, w końcu węzły puszczają, jakaś twarz się wyłania, patrzę, przyglądam się bliżej – Piłsudski!

Chciałem koniak kłaść w torbę i wracać do domu albo przynajmniej rozhisteryzować się jak ta koleżanka! A poważnie – na pytanie, czy trafił, roześmiałem się i odparłem szczerze: „Wręcz przeciwnie!”. Na co Felek w wesołym nastroju: „To będziesz miał przynajmniej fajną ramę. Zadbałem o ten detal na wypadek, gdyby dziadek Ziut ci nie podszedł”. Rama faktycznie zdobna, robi różnicę. Dziwiło mnie potem, że Felek nie trafił. Wiedział, że lubię Napoleona, każdego Beatlesa, Groucho Marxa – tymi strzałami by załatwił sprawę. A Piłsudski, taka mikroregionalna postać! No ma z pewnością fanów tyle, że ja do nich nie należę i z płótna zerka mi dziś (obraz będzie ze mną dozgonnie) osoba dość osobliwie wpisująca mi się w aurę mieszkania. Chociaż jak wspomniałem, przeciepło robi mi się na sercu, gdy patrzę „Ziutowi” w oczy – cały kunszt malarski Zbysińskiego mam podany na tacy!

Równie dobrze na obrazie mógłby być Freddie Mercury albo Mobutu Seseko, ale co „Felka” ręka nad tym pracowała, to łza się w oku kręci. Raz też przyszedł mi na imieniny pewien lekarz (dziś z Lublina) i wręcza jako upominek biografię zatytułowaną „Janaczek”. Żeby „Janeczek” to pasowałoby do doktora Jana Szneli, który tak się tytułował, ale Janaczek? Nie uważam się za osobę specjalnie głupią, ale z Janaczkiem zetknąłem się po raz pierwszy! Nie wiedziałem, że żyje, a nawet żył, bo jak ktoś pisze biografię, to raczej pośmiertnie. Chociażby z obawy, że za życia autor może mu dać w mordę, bo coś przeinaczył. Zerknąłem w internecie, że to czeski kompozytor, który napisał m.in. operę „Katia Kabanowa” – o której wszyscy pewnie sto razy słyszeli. Nikt nie słyszał naturalnie, tak stawiam, oprócz jakichś dziwnych jednostek zorientowanych w temacie.

„Janaczek” jak Piłsudski też ze mną mieszka. Może to ciekawa książka? Jakoś brakuje wewnętrznego ciągu, by po nią sięgnąć. Niemniej „prezentodawca” na zawsze wyszedł z tłumu pozostałych, anonimowych! Tak jak i koleżanka, która mi raz wręczyła z dedykacją „białego kruka” – opasłe tomisko zatytułowane ni mniej, ni więcej tylko: „Tajne służby Chin 1934-55” (!). Pięć tysięcy chińskich nazwisk na kilkuset stronach rojących się od szpiegostwa, sabotaży, wpadek. W rodzaju, że Xi Ping Cian zdradził Hui Miang Denga i jego wspólnika Ji Yu Shingha w 1951 w jakiejś wsi w Mandżurii! Przecież to się można załamać – co za świnią musiał być Xi! W antykwariacie koleżanka to gdzieś znalazła, uznając, że ta z pewnością narkotyczna lektura wyjdzie naprzeciw mej ciekawości świata. I mało się machnęła – że zakończę w pełni ironii.

Dalece nietrafionym prezentem był też rower górski z rękawicami w bonusie, który dla swej całkowicie sparaliżowanej babci zamówiła moja daleka kuzynka z Włoch. Weszła na stronę, gdzie kupisz każdy środek transportu. Wydawało się, że kliknęła i zapłaciła za wózek inwalidzki. Podała adres i w ten sposób do 91-letniej babinki w same urodziny (termin dostawy opłaciła jako element wielkiej niespodzianki) zapukał kurier życzący z góry wielu kilometrów udanych eskapad! Wieki wieków ten mały upominek będzie żył w świadomości rodu – szczyt trafienia w potrzebę! Mój „Janaczek” to przy tym insekt… Sam kiedyś, w epoce płyt winylowych, sąsiadowi – fanatykowi Anny German kupiłem jej longplay, dowiadując się przy wręczeniu, że nie ma on gramofonu. Potem jakoś umarł, więc płyta pewnie nie doczekała się premiery w czterech ścianach…

Ale szczyt, apogeum i zenit osiągnąłem przez przypadek i ręczę, że wszystko, co do tej pory opisałem, łącznie z rowerem dla sparaliżowanej i chińskich ubeków, zblednie. Razu pewnego jechałem gdzieś przez Prabuty, a w Prabutach mieszkał znany adwokat, podówczas pracujący w Gdańsku. Miał akurat imieniny, więc matka poprosiła o dosyłkę okolicznościowego prezentu. Wiklinowy kosz taki kupiła, w środku dwa markowe alkohole, bombonierki, koperta z życzeniami, pełen Wersal. On też zawsze o matce pamiętał: kartki z życzeniami, jakieś drobiazgi, gdy przejeżdżał. Słowem „czcigodność za czcigodność”. Codziennie przy tym dokarmiałem takiego psa na parkingu obok, pani nosiłem kości, kiełbasy, kaszankę – kupowało mu się takie rzeczy i dzieliło na porcje dzienne. Biorąc ten kosz, w drugiej ręce trzymałem reklamówkę: kości z wczorajszego obiadu, 40 dag wątrobianki i pęto kaszanki. Plan był, że wsiadam w samochód, jadę na parking, a potem mknę do Prabut. Tyle że wsiadłem do auta, kosz + to, co dla psa, rzuciłem do tyłu, zapiąłem pas i lecę w drogę. Że reklamówka psa wylądowała w koszu, nie obok, to jakiś cud i pech! Zlały się i w takiej ich symbiozie pojawiłem się przed domem znanego adwokata. Matka uprzedziła, że będę, wypadł szczęśliwy, to ja go w policzki, zdrowia, pomyślności, itp. i daję wiklinę. Krygował się, ale w końcu ochoczo przyjął, zastanawiając się głośno, co tam matka niepotrzebnie napakowała? Powiedziałem, że na pewno będzie usatysfakcjonowany, bo i do wypicia powinno coś być, i zakąski, ufam, nie zabraknie. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań i uciekłem dalej w swoją podróż. Wracam późną nocą, matka pyta, jak się rzeczy miały? Przekazuję, że świetnie, wszystko dotarło, gra. Przed snem jednak wchodzi kołek: „Nie byłem u psa, gdzie ta reklamówka?”. Aż mrowie po plecach: „Oby w samochodzie na podłodze. No chyba nie w wiklinie, w koszu? Zauważyłbym!”.

Z sercem na ramieniu i w gardle następnego ranka zaglądam przez tylną szybę hondy – pusto, przód – pusto, bagażnik – pusto! Robię rewizję w aucie jak gestapo za Hitlera. Nic, śladu tej reklamówki! Znaczy adwokat dostał bombonierkę, dwie whisky, a na zakąskę obgryzione przez rodziców kości, pęto kaszanki i kawałek pasztetowej drugiego gatunku, z chrząstkami. W sumie stwierdziłem – nie powinien narzekać – chociaż co my tu dziś robiliśmy? Psioczyliśmy od pierwszego wersu dokładnie do ostatniego, jak jakieś melancholiki. A przynajmniej (bynajmniej) ja muszę zachować fason – odbieram dziś kolejne życzenia i być może „Janaczki”. Tak, życie to nie tarcie buraczków na obiad – to pamiętajmy!

LESZEK OLSZEWSKI







Oryginalny, piękny twórczo oraz
lekko chybiony prezent, jaki dostałem na urodziny
od Feliksa Zbysińskiego. Piłsudski był w porządku,
ale to człowiek nie z mojej bajki, mimo niezaprzeczalnej
urody personalnej i zasług tu i tam!




  2015-06-03  

Z komentarzami zapraszamy na forum
Wróć   Góra strony
92669409


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





Wejście | Pierwsza strona | INFORMACJE | OPINIE | Zdrowie i uroda | Wyszukiwarka | CENNIK MODUŁOWY | Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2022 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.