Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
kogel-mogel
REKLAMA
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Gonzalez: Lodowisko misiem
Gonzalez: „Rok 1992”. Wszyscy daliśmy się nabrać
Chaburski: Od Kopernika do dyrektora Muzeum Warmii i Mazur
Gonzalez: Bójki nie będzie
Gonzalez: Na skrzydłach ś-MIG-ali nad Jeziorakiem
Gonzalez: Starosta Polański uderza w Platformę Obywatelską
Reich: Krucjata
Olszewski: Za naszych czasów tego nie było
Witkowski: Milczący szok! Z finansami jest coraz lepiej
Gonzalez: Lekarze sami zdemaskowali swój szpital
Gonzalez: Dziobaki
Gonzalez: Marszałek senatu rozliczy szpital
Chaburski: Lubawianin w sejmiku. Mrzonka czy szansa?
Gonzalez: Przez macicę do ratusza
Gonzalez: Zalała mnie krew!
Witkowski: Smoleńsk piecze jak niegdyś Katyń
Gonzalez: Śmierć za siedem milionów
Olszewski: Kto się w grach nie zatracił, ten...
Chaburski: Znaczenie lokalnego biznesu
Gonzalez: Śmierć w cieniu parasolek
Więcej...

opinie

2015-02-25

Olszewski: Narkotyk ojca, moja miła trauma!


Jedno życie się ma i jeden klub piłkarski ponad wszystkie inne. Dla ludzi z Iławy, choćby ich krojono maczetami na sznycle, zawsze będzie to „Jeziorak”. Z matki był żaden kibic, a pytała ojca po meczach, jaki wynik. Pielęgniarki w szpitalu dopytywały, jak wracał – po porażkach wszyscy chodzili poza sosem.

Pamiętam pierwszy festiwal Złota Tarka w parku. Konferansjer z Warszawy nagle podchodzi do mikrofonu i mówi: „Mam tu wiadomość dla państwa, Jeziorak przegrał w Wasilkowie 0:1, przed chwilą dotarł wynik”. Stojąca obok mnie starsza, dystyngowana dama skomentowała to do siebie: „K… jego mać!”, a w tłumie wyraźnie wyczuło się westchnienie zawodu – noż tak popsuć sobotnie południe! Ludzie, dosłownie, wszyscy mieli zajoba na punkcie swojej drużyny.

Jak każdy zdrowy na zdrowiu gówniarz ganiałem za piłką, ale o istnieniu Jezioraka do 10. roku życia nie miałem pojęcia. Aż około tych lat majaczy mi karetka podjeżdżająca w niedzielę po południu pod dom, Zenek pakujący się do przodu, ja do tyłu – jedzie na mecz jako lekarz klubowy. Jako szczyl kojarzę dobrze Benedykta Gaca, to u niego w gabinecie podpisywało się medyczne dopuszczenie zawodników do gry. Tam też pan Gac tłumaczył mi, że w lidze gra kilkanaście drużyn, ile punktów za zwycięstwo i tak dalej… Chwyciłem to i z gazety w poniedziałek łapałem miejsca, inne teamy – taka rozrywka umysłowa niezwykle mi odpowiadała! Na mecze raczej nie chodziłem, rodzic nie mógł się mną opiekować, więc bardziej pamiętam gabinet Gaca z okazji spotkań wigilijnych czy imprez pomniejszej rangi. Grono bowiem się znało i trzymało towarzysko, ojciec chociażby uwielbiał Stanisława Piaska.

Raz, w Wielki Piątek, była tam bibka wielkanocna. Proboszcz z „czerwonego”, pamiętam, zakąszał boczek pod szynkę aż ściany drżały. Matka nie mogła uwierzyć, że duchowny, dzień ukrzyżowania, a ten rozsmakowany w wieprzowinie… Mogę zaświadczyć, ten człowiek tego dnia postu nie dochował, mało tego – kilka kieliszków wódki też przewielebnie przyswoił. To jedno ze wspomnień z budynku klubowego, ale na stadionie latami działo się niepomiernie więcej!

Z epoki, której nie pamiętam, poznałem później członków legendarnej drużyny z lat 70.: Janka Kruka (ps. „Wrona”, do tego dar od losu – kruczoczarne, kręcone włosy), Krzyśka Jackowskiego („Zębala”), Andrzeja Sosnowskiego, który świetnie bił wolne tuż przed polem karnym, taki iławski Platini choć o wadze z czasem dwóch Platinich. No i Ryśka Jankowskiego, który potem skoczył aż do 2. Bundesligi, będąc uznanym za stopera sezonu! Słyszałem też o Wiesławie Borzymie (ps. „Goebbels”) i jego niesamowitych, sprinterskich rajdach po skrzydle. Predyspozycje swe zawdzięczał rzadkiemu faktowi anatomicznemu: żebra miał praktycznie zespolone na rozstaju dolnym, to ponoć zwiększa objętość płuc i czyni z człowieka Usaina Bolta, z małą tylko domieszką treningu. Kiedyś jesienią był mecz z Warmią Olsztyn – liderem ówczesnym. Mecz na bocznym boisku, z jakichś przyczyn, ludzi jak na odpuście w Białymstoku i lider przegrał 0:10. Do przerwy było 3:0 i bano się, że Warmia ruszy. Czy nie „Zębal” wtedy strzelał u końca kariery – zapytam jak spotkam! Jeziorak ciągle grał w okręgówce aż raz ją wygrał i miało dojść do niebywałego – zaświtał na horyzoncie awans do III ligi. Grały tam od lat drużyny pokroju Stomilu Olsztyn, Gwardii Szczytno, Hutnika Warszawa, Ursusa, Gwardii Białystok, Bugu Wyszków.

To nie jakieś Tęcze Biskupiec czy Metalowce Mrągowo. Tyle że trzeba było zagrać baraż ze zwycięzcą ligi woj. elbląskiego – Zatoką Braniewo. Wygrany miał wrota na szerszy świat otwarte! Pierwszy mecz w Iławie, stadion pełny – 1:1, tylko. Na rewanż do Braniewa pojechało kilkanaście autobusów, samochody, wycieczki zakładowe, w mieście w porze meczu napięcie… Gruchnęła wieść 1:1, dogrywka! Po godzinie zaś ktoś się dodzwonił – JEZIORAK! Wygrał karne! Ojciec miał dyżur w szpitalu i stamtąd dał mi i matce cynk, potem doszły szczegóły od tych, którzy powrócili! W 90. minucie meczu ostatnia akcja, Zatoka. Gość z boku wpada w pole karne, drugi – nieobstawiony stoi na wprost bramkarza, obrońca zaspał – po Jezioraku. Byłoby pewnie, gdyby ten, co wpadł z boku, podał, ale nieborak zdecydował się samemu rozstrzygnąć los dwumeczu, tyle że przestrzelił o małe kilka metrów wzwyż!

Ten, co czekał na dogranie, nie wytrzymał, jął w stronę nieboraka biec z furią, by go zabić. Nieborak, widząc szaleństwo kolegi, długo się nie zastanawiał i zaczął uciekać. Pogoń trwała nawet za linią boczną z dwie minuty, po czym koledzy z Zatoki uspokoili sytuację… Jeziorak miał furę szczęścia, a może Najwyższy tego popołudnia nakazał szczęściu strzec przybyszów z Iławy! Zbyszek Pawłowski wtedy trzymał obronę, a Piotrek Lange z niezwykłą gracją plątał nogi przeciwnikom. Niepozorny chłopak, a wkręcał w murawę chłopów jak szafy gdańskie, kolejnych wizytujących stadion na Sienkiewicza. Potem Piotrka kupiło Zagłębie Sosnowiec i pograł trochę w I lidze, tu zastąpił go brat – Maciek, który talentem niewiele od niego odstawał, ale jednak Piotrek to był Piotrek! Generalnie przyjezdnych zawsze zadziwiała w Iławie frekwencja. Wiem, bo ojciec stykał się z nimi jako oficjel stąd. Gdzie indziej w tej III lidze nawet – 100 widzów, 200, w porywach 500, w Iławie co najmniej 2 tysiące co spotkanie, a zdarzało się i 3-4.

Wydarzeniem był pierwszy trener „z Polski” – Andrzej Wiśniewski, gość z Warszawy, licencja trenerska, sam grał w I lidze, już nie pamiętam gdzie. Doklejono mu do zarobków etat w liceum, uczył WF-u: przystojniak, czarny, wąsacz. Trafiło na moją klasę, dobrze grałem w piłkę, dostrzegł we mnie talent, każąc zapisać się do juniorów Jezioraka. Ja na to mówię, że nauka, szkoła muzyczna, angielski prywatnie, a on na to: „Nie wymawiaj się. Grałem w ekstraklasie, studiowałem na AWF-ie, robiłem kurs trenerski – naraz!”. Nie dałem się przekonać, zostałem na statusie bardzo dobrego technicznie amatora. Wpadał do nas czasem do domu podstemplować coś u ojca, mądrze gadał, był oczytany – naprawdę jak na sportowy świat renesansowa postać.

Czytam kilka lat temu, że znany warszawski trener Andrzej Wiśniewski (i tu zdjęcie) objął… reprezentację Palestyny i ta odnosi pierwsze sukcesy. Wywiad z nim, pytania, jak się tam żyje, itd. Jak to losy rzucają, powiedzcie – od Iławki, po Strefę Gazy (czy „Gazu” jak sprecyzowało kiedyś Radio Iława). Na mecze chodziłem regularnie ze trzy lata, potem raz by mnie zabito, bo przestałem chodzić. Wpadł kolega na korty tenisowe i po meczu – ponieważ grał Jeziorak – usiedliśmy zerknąć. Druga minuta – gol! Brawo, radujemy usta i dłonie, a tu na nas sektor smutny zerka. Okazało się, że to przeciwnicy strzelili, a grali na niebiesko-biało, więc wychodziło, że Jeziorak, a tu błąd w dedukcji – Jeziorak występował na czerwono-czarno, może w hołdzie Stendhalowi! Tym Jeziorakiem ojciec mnie gnębił, zwłaszcza w erze internetu.

Czy byłem w Krakowie czy Zakopanem, musiałem w sobotę po meczu sprawdzić wynik i zaraz dzwonić do Iławy! Czekał przy słuchawce, czy w jakichś Skierniewicach, Łowiczu przegrali czy nie! Nie był jednak jedynym patrycjuszem miejskim interesującym się futbolem. Na meczach bywali też jego koledzy po fachu: Stanisław Siłka, Andrzej Radziwon, jak i wieloletni dyrektor LO, wybitny matematyk Aleksander Mądry. Z tym ostatnim siedziałem kiedyś obok, znaliśmy się trochę. Mądry na mecz wybrał się jak na spacer po Wersalu – niezwykle odróżniał się od siedzącego po bokach robotniczego towarzystwa. Jeszcze bardziej jednak odróżniał się językiem. Ciągle mnie o coś pytał w stylu: „Kto wyekspediował tę piłkę na aut?” albo: „Egzekutor tego rzutu wolnego nie powinien strzelać bezpośrednio na bramkę”.

Wulgarne chłopy aż przymilkli, niebywałe wrażenie te zdania wywierały na – w dużej części – nietrzeźwej publiczności. Wnosiło się piersiówki, nikt tego nie sprawdzał. W bramach pracowali sami znajomi, a tu mecz czasem w listopadzie – bez dogrzania w przełyk nie szło przeżyć. Chodziłem na stadion wiosną, latem, ale 90% innych bywalców na okrągło, rozumiałem zatem ich wybory i promile! Te karetki, którymi dojeżdżaliśmy z ojcem, też winny przejść do historii, były to albo fiaty, albo nysy, w środku kierowca, sanitariusz i lekarz. Z czasem dojeżdżało to pod nasz dom coraz bardziej wypchane, bo siedział wewnątrz również np. brat kierowcy z dwoma sąsiadami, kolega sanitariusza i jeszcze ktoś, kto chciał za darmo zerknąć na widowisko. W nysach 10 osób potrafiło naraz jechać. Był śmiech, bo prawie jak szprotki w puszkach podróżowaliśmy, z powrotem już wracano nogami!

Jak Jeziorak w latach 90. awansował do II ligi, był zaciąg olsztyński, kilku piłkarzy ze Stomilu tu zlądowało, w tym Jarek Talik, bramkarz, któremu w reprezentacji młodzieżowej karnego nie strzelił Raul, późniejsza gwiazda Realu Madryt. Mieszkaliśmy na jednym piętrze. Zabarykadowaliśmy się kiedyś razem, by nie przyjąć kolędy, a ksiądz dobijał się z 15 minut, my zaś siedzieliśmy po ciemku jak idioci. Jarek był z zawodu kucharzem i miał imieniny 25 kwietnia. W piątek to wypadło. Zapraszał z tydzień, ale że wróciłem do domu po 23.00, a tam już bibka, mówię – nie idę. Rano miałem wstać gdzieś jechać samochodem. Ale 23.10 pukanie, usłyszał. Miał tak proszący wzrok, że nie śmiałem odmówić, na godzinę, mówię, wlecę. Tam stół pełen potraw najcudniejszych – wszystko sam Jarek pichcił! Namówił mnie na jedno piwo, praktycznie nie piłem już w ogóle, więc odmówiłem, ale goście wymogli – to jedno – mówię OK! Jak to się stało, że wypiłem 10 i wróciłem do domu o 4.00, do dziś nie mam pojęcia! Wstaję o 11.00, głowa pęka. Jeziorak o 15.00 gra mecz z Górnikiem Łęczna – liderem tabeli. Jarek był pierwszym bramkarzem, ale te imieniny – sądziłem – wyleczą trenera z myśli, by go wstawiać. O 13.00 idę na Stare Miasto, z jednego z parkowych lokali wyskakuje Jarek, zaprasza na obiad. Nie w głowie mi to, wchodzę posiedzieć, a tam obiad, piwo dla kurażu, torba sportowa przewieszona – idzie na mecz, choć przyznaje – troi mu się w oczach. Dodaje też, że kilka razy w takim stanie grał i notował znakomite występy. Ale widok nie myli – ma wczorajszą twarz, nie jest z nim najlepiej. Wracam do domu, jak się mecz zaczyna, włączam radio, prowadzący czyta skład, stawiam, że Jarek na ławce, a tu słyszę: „W bramce wystąpi Jarosław Talik!”. O Chryste, myślę – będzie dramat!

Łączenie na koniec pierwszej połowy: 0:0. Olbrzymia przewaga Łęcznej, kilka sam na sam wybronił Talik, były też dwa słupki. Za godzinę nasłuchuję końca: Łęczna w II połowie nie schodziła z połowy Jezioraka, ale mecz życia Talika. Na domiar złego w 90. minucie poszła kontra Jezioraka, która nieoczekiwanie zakończyła się golem – zwycięstwo! O 19.00 Jarek przyznał, że niewiele pamięta z meczu, oprócz klepania go po plecach i wyniku – ja po tamtej imprezie alkoholowi powiedziałem adieu!

Fajni chłopacy wtedy tworzyli drużynę: mój kolega z osiedla Paweł Pasik, do tego Sławek Święcki, Marek Witkowski, kapitanem był Zenek Zientarski, inny Sławek – Makowski grał w środku… Na stadionie już wtedy nie bywałem, ale chłopaków znałem i bardzo lubiłem, przede wszystkim jako ludzi. Muszę dodać i Wojtka Tarnowskiego!

Mój ojciec jeszcze z czasów odrobinę wcześniejszych bardzo lubił Arka Klimka. Cichy, kulturalny chłopak z Ulnowa – mówił, ma bardzo dobrze poukładane w głowie. Co zarobi, oddaje rodzinie, dużo trenuje, niepijący. No i potem Arek zebrał tego efekty: Stomil, Zagłębie Lubin, Grecja, Szkocja – oto, do czego doprowadza ciężka praca szlifująca wrodzony talent. Podobną ścieżkę przebył Remi Sobociński, choć naturalnie w innych klubach. A teraz zagadka: który piłkarz Jezioraka zdobył bramkę dla… reprezentacji Polski? Ułatwię, rzecz działa się w końcu lat 80. Na nic się to zdało? To nadrabiajcie braki w wykształceniu ogólnym! W 1988 roku, w czerwcu na kilka dni zgrupowania wpadła tu reprezentacja Polski. Trenerem był (chyba się nie mylę) Wojciech Łazarek. Zamieszkali w zajeździe, mieli ognisko na wyspie, zwiedzali okolicę, trenowali.

Ukoronowaniem pobytu był – a jakże – kontrolny mecz z Jeziorakiem (ile klubów w kraju ma to w CV?)! Reprezentacja, grająca w najsilniejszym składzie, wygrała lekko 4:0, a pierwszego gola dla niej zdobył… strzałem samobójczym (główka w okienko własnej bramki) obrońca Jezioraka Waldek Pałyga! Powiedzcie, że nie jest to bramka piłkarza Jezioraka dla reprezentacji Polski – jak najbardziej! Pozostałe strzelili Furtok i Urban, w Jezioraku oprócz Pałygi wyróżnił się wtedy Stasiu Kocięda, ale już dla odmiany z dobrej strony. Największy kabaret zaś odbył się na koniec II ligi trzeciego sezonu, koniec lat 90. Przyjechała Stal Stalowa Wola, obu drużynom remis dawał utrzymanie. Piąta minuta, a spiker radośnie gratuluje… utrzymania obu drużynom! Ryk śmiechu na trybunach, to spiker za trzy minuty prostuje: „Jak będzie remis”. Było 0:0, przez 90 minut nie oddano strzału, truchtano! Tą słodką nutą zakończmy, słodki klub niech zaś wraca na tory!

LESZEK OLSZEWSKI





Wiosna 1995 roku. Drużyna piłkarska „Jezioraka Iława”
sprzed historycznego awansu do II ligi
– dużo radości było z tych dżentelmenów!

W górnym rzędzie od lewej: Zenon Olszewski (lekarz),
Stanisław Piasek (masażysta), Leszek Dudkiewicz (II trener),
Waldemar Pałyga, Krzysztof Kowalik, Arkadiusz Klimek,
Sławomir Makowski, Piotr Matysiak, Andrzej Lewandowski,
Wojciech Tarnowski, Jarosław Płoski,
Marek Czachorowski (trener), Benedykt Gac (menedżer),
Stanisław Kluba (kierownik), Zbigniew Szczypiński (dyrektor).

W dolnym rzędzie od lewej: Sławomir Przytuła,
Tomasz Romanowski, Marek Witkowski, Tomasz Gierko,
Paweł Pasik, Remigiusz Sobociński, Adrian Rzepecki,
Zenon Zientarski, Leszek Roszkiewicz.





  2015-02-25  

Z komentarzami zapraszamy na forum
Wróć   Góra strony
108284081


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Informator: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl


Newsletter


wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | kogel-mogel | REKLAMA | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2017 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.