Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Gonzalez: Dziennik końca świata (3). Pielęgniarki na wojnie
Orlicz: Doczekalnia
Gonzalez: Dziennik końca świata (1). Kto przewidział?
Rochowicz: Wspomnienie dyrektora „mechanika” Józefa Zasuwy
Orlicz: Potrzeba nam męża stanu
Rochowicz: Wydolność fizyczna jako antidotum na wirusa
Olszewski: Wirus czy świrus?
Orlicz: Przygotujmy się na reset
Olszewski: Koronawirus kontra dżumy i cholery
Więcej...

opinie

2010-12-08

Żyliński: Kto bez winy, tego ten felieton nie oburzy


Stosunkowo niedawno na łamach Kuriera pozwoliłem sobie wtrącić niewinne zdanie, że historia to „dziedzina nauki przypominająca przepastną, pozbawioną dna studnię, z której czerpać można bez końca rozliczne, pouczające treści, tak celnie odnoszące się do otaczającej nas rzeczywistości”. Wkrótce potem jeden z moich rozmówców bezlitośnie obśmiał bezrozumność takiego stwierdzenia…


Adam Żyliński


Skądinąd życzliwy w stosunku do mnie czytelnik, zaglądając mi głęboko w oczy, grzmiał z surowym wyrazem twarzy: „Jakże to tak porównywać ludzkie zachowania w zamierzchłych czasach z postawą człowieka otoczonego zdobyczami cywilizacji XXI wieku?!”.

Mój rozmówca triumfował i miażdżył mnie kolejnymi argumentami: „W naszej świadomości coraz bardziej umacnia się zjawisko społecznej wrażliwości. Żyjemy w dobie internetu i telefonii komórkowej, a w dawnych stuleciach pojedynczy człowiek nic nie znaczył. Im niżej stał w hierarchii społecznej, tym bardziej nędzny spotykał go los. Świat, jaki wokół siebie obserwował, był prymitywny, łatwy do zmanipulowania, bo pozbawiony przepływu informacji”.

Uważnie przysłuchując się mojemu adwersarzowi, czułem, jak zupełnie się nie rozumiemy. Uprzejmie podziękowałem za rozmowę, ze spokojem odbierając jego reprymendę. Pozostał we mnie jednak spory niedosyt, że on z kolei nie chciał mnie wysłuchać. Ten tekst piszę z nadzieją, iż zrobią to za niego inni czytelnicy…

Poszukując analogii pomiędzy minionymi wiekami a współczesnością, nie staram się jej znaleźć w przywołaniu osiągnięć cywilizacyjnych czy kulturowych na różnych etapach rozwoju ludzkości. W każdym historycznym okresie przedstawiciele całej populacji, niezależnie od swego statusu, byli ludźmi swojej epoki. Dlatego przykładanie tego samego szablonu do zdarzeń odległych od siebie, choćby tylko o pięćdziesiąt lat, to przynajmniej dla mnie zajęcie zupełnie bezproduktywne.

Kiedy wczytuję się w historię homo sapiens od tysięcy lat stąpającego po naszej planecie – na innym polu szukam mocnych wrażeń. Fascynuje mnie, zawsze taka sama, ludzka natura. Od zarania dziejów nic nie było w stanie jej zmienić. Na niewiele się zdał niewiarygodny wręcz proces przechodzenia człowieka z epoki kamienia łupanego do czasów najnowszych, zachwycających rozmachem technologii zaawansowanych. W sferze uczuć, emocji, najbardziej wzniosłych lub odrażająco mrocznych namiętności – pozostaliśmy tacy sami, pod każdą szerokością geograficzną, nie bacząc na kolor skóry i religijne wyznanie. Niewzruszenie nosimy w sobie przynależne naszemu rodzajowi wszelakie wady i zalety.

Właśnie kłębowisko ludzkich charakterów, jakie przewalało się przez całe stulecia na kartach historii, pasjonuje mnie najbardziej. Chyba nie ma nic bardziej zadziwiającego, jak ciągnący się w nieskończoność, z każdym nowym dniem swe zasoby powiększający, konglomerat najróżniejszych osobowości. W ogólnoświatowej historii przewija się pełno postaci dzielonych na miernych i wybitnych; łotrów i bohaterów; z poczuciem honoru i skorych przy każdej okazji do zdrady; z mentalnością służalczego dworaka i nie oglądających się na konsekwencje niezłomnych szaleńców; ignorantów, których trawi niezdrowa ambicja i wizjonerów z poczuciem misji; wreszcie na tych, których powoli zabija miłość własna i tych, gotowych zginąć za drugiego człowieka.

Historia uczy, że nie ma ludzi bez skazy – pełni pokus i słabości wszyscy popełniamy błędy. Różnica pomiędzy dobrą a złą intencją, na skutek jakichkolwiek okoliczności, zatrzeć się może bardzo szybko, a dalej to już tylko kwestia zachwiania odpowiednich proporcji, by z człowieka przyzwoitego przeistoczyć się w wyjątkową kanalię.

W obronie powyższej tezy w sukurs musi mi przyjść mój wierny i niezawodny jak zwykle przyjaciel – książka. Na tapecie mam aktualnie biografię Krzysztofa Kolumba. Historia tego największego z największych odkrywców dla wielu to oklepany banał i nudna szkolna powiastka. Nic bardziej mylnego! Żaden fragment z życia Cristobala Colona, w historii powszechnej uwiecznionego pod nazwiskiem Kolumb, nie był usłany różami. Wszystko, co czynił, jego absurdalne dla ówcześnie żyjących marzenia, były przedmiotem kpin, szyderstw i brutalnego przez tłum zawistników tłamszenia.

Marzyciel Colombo potrzebował aż 17 lat, by doprowadzić do poszukiwań drogi do mitycznie bogatych w złoto i egzotyczne przyprawy Indii. Drogi nie biegnącej utartym, lądowym szlakiem na wschód, ale na zachód, przez przytłaczający swym bezmiarem Atlantyk. Najgorsze jednak, co przydarzyło się najsławniejszemu genueńczykowi, to ostatnie lata z jego życia. Po wiekopomnych odkryciach dyskredytowano go na każdym kroku, umniejszano zasługi, starano się zepchnąć w niebyt. Kontynenty, które odkrył, nie noszą dziś, zgodnie z żeglarskim zwyczajem, nazwy jego imienia – Kolumbia. W naukach geograficznych utrwaliły się jako Ameryka. Zadbał o to jego pozorny sojusznik, który zręcznie wkradł się w łaski niestrudzonego odkrywcy. Włoski ziomek, Amerigo Vespuci, haniebnie wywiódł w pole Kolumba i przypisał sobie wszystkie zasługi w odkrywaniu nowych lądów. Od jego imienia utrwaliła się, po wsze czasy, zachodnia półkula. Ot, typowy chichot historii. Dopiero po stu latach kolejne zastępy badaczy naszych dziejów oddały sprawiedliwość Kolumbowi. On sam nigdy za życia tego nie doczekał. Popadł w niełaskę i umarł w zapomnieniu.

Takich przykładów historia powszechna dostarcza nam bez liku. Trzymając się konwencji bohaterskich odkrywców, przywołajmy Ferdynanda Magellana, pierwszego człowieka, który pokonał Ziemię Ognistą i wypłynął na Pacyfik. Ten dzielny Portugalczyk w służbie króla Hiszpanii zginął w bezmyślny sposób, w walce z tubylcami, na progu tak upragnionych Wysp Korzennych. Inni uczestnicy wyprawy, pod pełnymi żaglami, na złamanie karku popłynęli do Hiszpanii, by zameldować na królewskim dworze o dokonaniu tego, jak na owe czasy, niezwykłego przedsięwzięcia. Nie omieszkali przy tym przedstawić Magellana jako pozbawionego wyobraźni i ludzkich odruchów potwora, a siebie w aureoli prawości, hartu ducha i bezgranicznego oddania hiszpańskiej koronie.

Inny przykład, jeszcze bardziej sugestywny. Robert Peary, zdobywca bieguna północnego. Zwariowany Amerykanin, owładnięty obsesją sięgnięcia po niemożliwe – pokonania, z niewielką grupą Eskimosów i psów, tysięcy kilometrów złowrogich bezdroży lodowatej Arktyki, by wbić w najbardziej pożądanym i wyśnionym miejscu amerykańską flagę. Przy tym, bagatela, rzucając na szalę własne i współtowarzyszy życie. Po morderczym, bezprecedensowym, zakończonym sukcesem wysiłku pojawia się człowiek, który to osiągnięcie kontestuje. Frederick Cook – łobuz i szalbierz, nie wahający się oszukać światowej opinii publicznej i przywłaszczyć sobie arktyczne zdobycze. Minie sporo czasu, zanim oddano hołd Peary,emu, a Cooka bezpowrotnie usunięto z encyklopedycznych zapisów.

Ileż takich przewrotnych, niesmacznych epizodów miało miejsce w historii ludzkiego gatunku? Sięgnąłem po geograficznych odkrywców, ale z równym powodzeniem mógłbym zajrzeć do laboratoriów naukowców, na polityczne salony, do światka artystów. Wszędzie po dziś nie brakuje chorobliwego, pełnego zawiści i niesprawiedliwości, nie mającego końca, bezpardonowego wyścigu szczurów. Te przygnębiające mechanizmy możemy przenieść w każdą, nawet niewielką skalę ludzkich zbiorowości i nie ma tu znaczenia czas i miejsce zdarzenia.

Nieprawości czynione sobie nawzajem występują na uczelniach, w szkołach, zakładach pracy, w samorządowych wspólnotach. Nigdy tam nie zabraknie ludzi, bez najmniejszych objawów zażenowania żerujących na cudzych osiągnięciach, brutalnie rozpychających się łokciami.

Doskonale pokazały to ostatnie wybory samorządowe w całym kraju. Jak grzyby po deszczu wyrastali na oczach wyborców wielcy budowniczowie całych miast i gmin. Nieważne było, że jeszcze niedawno zajmowali się zupełnie czymś innym.

Ktoś mi zapewne powie, że to naturalna polityczna figura, której najważniejszym założeniem jest skuteczność. Być może. Ja jednak wolę trzymać w dobrej pamięci wszystkich Kolumbów, Magellanów, Pearych. Prędzej czy później świat poznaje prawdę, a wówczas upadki wiarołomców bywają bardzo bolesne. Tej prawidłowości historia równie wytrwale nas naucza.

ADAM ŻYLIŃSKI

  2010-12-08  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
129663156


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | szukaj
FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2020 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.