Logo Kurier Iławski

Wejście
Pierwsza strona
TEKSTY
OPINIE
Zdrowie i uroda
Wyszukiwarka
CENNIK MODUŁOWY
Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe
FORUM

OPINIE
Gonzalez: Dumne cztery pokoje burmistrza (oklaski)
Dąbrowski: Dekalog dla wyspy Wielka Żuława
Olszewski: Sezon na grzyby
Święciński: Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Olszewski: Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
Gonzalez: LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Gonzalez: Pozostały tylko obietnice
Święciński: Epidemia paradoksu
Gonzalez: Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Więcej...

OPINIE

2008-04-02

Wspomnienie o człowieku szlachetnym


Nie lubię pisać o zmarłym jak o zmarłym, bo to strasznie redukuje paletę barw. Każdy z nas ma na tym padole jakiś odcinek do przeżycia, by odcisnąć tu swój ślad i gdy czyjaś droga dobiegnie kresu, nietaktem, uważam wręcz, jest patrzenie na kogoś zaledwie z perspektywy „atmosfery ostatnich dni”. Dlatego wspominając własnego ojca zrobię to mało żałobnie, tak jak on z pewnością by sobie tego życzył.


Leszek Olszewski


Doktor ZENON OLSZEWSKI (1932-2008) był świetnym lekarzem i to truizm, ale za truizmem kryje się sięgająca ponad 40 lat pracy rzeczywistość. Rzeczywistość, do której umiał podchodzić dwutorowo – z pełnym profesjonalizmem zawodowym i zarazem dystansem osobistym, dzięki czemu – jak to trafnie ujął doktor Wojciech Dobrzeniecki podczas uroczystości pogrzebowych – do dziś po gabinetach lekarskich krążą o nim dziesiątki smakowitych anegdot. Przytoczę więc trochę faktów z pewnością szerzej nieznanych, nie ma bowiem co multiplikować kolejnych akapitów na modłę pomnikową, gdyż pewien rodzaj pomnika wystawił sobie ojciec już za życia.

Oparów tego doświadczałem wielokrotnie przez kilka ostatnich lat jego zmagania się z chorobą. Non stop w tym czasie zaczepiały mnie dziesiątki, setki anonimowych osób, życząc mu zdrowia i jednogłośnie podkreślając, jaki to z niego był wspaniały i wielkoduszny człowiek, znakomitość medyczna i osoba o sercu bijącym zawsze dla niego, jak i osób potrzebujących jego pomocy, której nie odmawiał nigdy.
Znów brzmi jak frazes, ale tak było. Poświadczyć to może kilkunastotysięczna rzesza jego pacjentów i ich w tym momencie wzywam do kontrasygnaty postawionej
przeze mnie tezy.

Jestem pewien, że dokładnie w tej chwili po domach i zakładach pracy po wielokroć rozlegnie się przytaknięcie: „Tak było!”. Bo tak było, nie ma naprawdę kogo brązowić! Miał naturalnie swoje słabsze reduty, które ktoś nie znający go mógłby podciągnąć nawet pod wady, ale zrobiłby ów duży błąd. Rzadkie, śladowe, te lekko neurotyczne zachowania bardziej wynikały bowiem z przemęczenia i znużenia niż emanacji jakichś cech wrodzonych, bo te miał pięciogwiazdkowe. Jego oddanie służeniu pacjentowi w pracy było równe oddaniu do służenia rodzinie w domowych pieleszach.

Jak więc widzicie, miałem ogromny dar wyrastania w szczęśliwym, kochającym się stadle, stąd może tak optymistycznie podchodzę do życia. Wracając zaś do tych redut, to czasami, choć doprawdy sporadycznie, ojciec był zbyt niecierpliwy, czasem zbyt porywczy, ale po maratonach ciągnących się niekiedy trzech-czterech dyżurów z rzędu pod codzienną harówkę na oddziale i w przychodni nie łudźmy się, że organizm będzie w permanentnej fazie relaksacji wewnętrznej. Fuknął więc czasem na złoszczącego się petenta, ale że jasna strona duszy stanowiła w nim prawie 100% całości, sprawę zwykle odkręcał momentalnie tak, że to zwykle pacjent przepraszał na końcu, że się uniósł, bo np. półtorej godziny czekał na wizytę, na co z kolei lekarz wpływ miał zerowy. Rozstawały się więc obie strony w pełnej uprzejmości, pękło coś bowiem przypadkowo i nie było do czego wracać.

Przejdźmy do anegdot. To niech będzie już do końca esencją tego tekstu. Ojciec miał pewną cechę charakterystyczną i dla mnie – dostrzegał ludzi. Ich cechy charakterologiczne, przyzwyczajenia, jakieś strachy na lachy, którym ulegali, analizował temperament, zaobserwowane słabostki, z czego było zwykle dużo śmiechu.

Dopóki choroba go poważnie nie wzięła w objęcia, mało znałem ludzi o podobnie inteligentnym poczuciu humoru. Wspominał, jak raz podczas komisji wojskowej badał kandydata na przyszłego rekruta gdzieś spod Lubawy i kazał mu patrzeć na tablicę z literami, by zdiagnozować wzrok. Rekrut nie wiedział, o jaką tablicę chodzi, więc ojciec pokazał mu ją wskaźnikiem. Ten jeszcze nie był pewien i spytał go z rozbrajającą szczerością: „Ta tablica na szczanie”? Na co płaczący ze śmiechu ojciec odparł: „Na szczanie to jest pisuar albo sedes, ale tak – ta tablica na szczanie”!

Podobnie było z pewną damą, którą poznał w Lubawie w okresie, gdy dwa razy w tygodniu dojeżdżał tam do przychodni. Potem się zaznajomili i prywatnie nazywał ją „Rzyma”. Rozpoczęło się od tego, że podczas pierwszej wizyty spytał ją, kiedy zaczęły się objawy jej choroby, a ona na to, że „to było w Rzymie”. Ojciec uniósł oczy znad karty pacjenta, bo jakoś w latach 80-tych nie współgrała mu szara obywatelka Lubawy czy Iławy rozbijająca się po stolicy Cezarów i spytał: „Gdzie? Pani była niedawno w Rzymie”? Ona na to, że nie, że „w rzymie”, bo gdzieś przy końcu stycznia albo na początku lutego. Ojcu żaden mięsień na twarzy nie drgnął, bo nie chciał kobiecie sprawić przykrości, niemniej „Rzymą” pozostała na długie, długie lata. Ale dajmy spokój Lubawie, bo i gdzie indziej było wesoło.

Ojciec miał świetne, unikatowe w skali krajowej kontakty z kliniką AM w Warszawie przy ul. Lindleya. Oczywiście mam tu na myśli zwłaszcza oddział chirurgii urazowej i ortopedii, gdzie znał wszystkich – doktorów, asystentów, docentów, profesurę na czele z pierwszymi chirurgami Polski: profesorem Garlickim, a potem jego sukcesorem – profesorem Witoldem Szulcem.

Jeśli ktoś w Iławie i okolicy potrzebował aż tak specjalistycznej opieki czy hospitalizacji tamże, ojciec dzwonił, nagle znajdywał się termin, a oniemiali ze szczęścia ludzie nie wiedzieli, jak dziękować mu za szansę, którą los – za jego wstawiennictwem – im zsyłał. Sam ojciec, podczas bytności na jakimś sympozjum na Lindleya, zabrał „od siebie” profesorowi Szulcowi kilka wędzonych węgorzy w prezencie, z którymi to zameldował się w sekretariacie. Profesor kordialnie podziękował za pamięć, ale pojawił się problem. Po sympozjum Szulc wylatywał bezpośrednio do Paryża, spytał więc ojca, czy nie byłby łaskaw podwieźć mu jakoś prezentu bezpośrednio do domu? Tutaj wręczył mu wizytówkę z dokładnymi namiarami swojego kwaterunku.

Ojciec odparł, że oczywiście, ma samochód i żaden problem po konferencji podjechać i zostawić domownikom zapakowane delicje. Tak też zrobił i później jakiś czas bił się z myślami, czy nie spalił sobie Szulca do grobowej deski. Drzwi otworzyła mu bowiem jakaś starowinka, biednie ubrana, o poczciwym, skromnym spojrzeniu. Ojciec wówczas przedstawił się i poinformował, że „syn bardzo prosił o osobiste dostarczenie i życzy smacznego, itp.”. Pani grzecznie podziękowała, kończąc swoją wypowiedź niespodziewanym: „Tak, mąż dzwonił z kliniki i uprzedzał, że pan doktor przyjedzie!”.

Za miesiąc, po kolejnej wizycie na Lindleya, wrócił jednak ukojony:„Przeprosiłem profesora Szulca za te cholerne faux pas, a on objął mnie i powiedział „Niech się pan nie przejmuje, kolego, nie pan pierwszy tak zareagował”…

Podśmiewał się też ojciec z wielu tzw. znajomych rodziny, ale te historie sobie zostawię, bo jeszcze ktoś nie zapali mu znicza w listopadzie, chociaż przyznam najszczerzej, że uwagi te były przesiąknięte ogromną życzliwością, ale nieraz jadąc gdzieś – jak to się mówi idiotycznie – śmialiśmy się do rozpuku!

Zatem głowy w górę. Z organizmem, jak zaczyna odmawiać posłuszeństwa, jeszcze nikt nie wygrał, ale – jak to powiedział Napoleon – lepiej jest przeżyć 10 lat życiem tygrysa niż 100 lat życiem osła. Ojcu udała się ta pierwsza ewentualność w wymiarze siedmiu i pół dekad. Mogło być więcej, mogło być mniej, czas z pewnością ukoi ból, a przepastne i przesmaczne wspomnienia pozostaną na zawsze!

Leszek Olszewski




Student Zenon Olszewski z matką Heleną w Gdańsku,
połowa lat 50-tych




Komisja poborowa w Urzędzie Miasta Iława,
koniec lat 90-tych. Zenon Olszewski w środku




Łańsk, 1996. Zjazd chirurgów Warmii i Mazur.
Ojciec wita się ze swoim kolegą z pokoju w akademiku,
profesorem Stefanem Boloczko

  2008-04-02  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
131815301


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





Wejście | Pierwsza strona | TEKSTY | OPINIE | Zdrowie i uroda | Wyszukiwarka | CENNIK MODUŁOWY | Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2021 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.