Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
kogel-mogel
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Olszewski: Odgrzebana notatka, a jaka paleta ludzi!
Gonzalez: Wybory 2019. Iława może zostać na lodzie
Gonzalez: Czy inni nie zasłużył w Iławie na pomnik?
Gonzalez: Wszystkie grzechy Krzysztofa Sadowskiego
Olszewski: Miasto w sosie własnym do przeglądu
Kurpiecki: SoundLake, czyli festiwal muzyki dawnej
Gontarz: Panoramiczne spojrzenie sąsiedzkie z boku na Iławę
Chaburski: Piękno na uboczu, czyli Zwiniarz
Kurpiecki: O tym, co finansujesz, jeżdżąc widlakiem
Reich: Jak już się tam urządzi w niebie, to może odpocznie
Olszewski: Wilczy Szaniec doinwestowany, aż ciarki suną
Olszewski: Lubawa ma silne karty w ręku
Olszewski: Bookcrossing, co to? Stymulator głowy!
Kurpiecki: Uwaga – natura!
Olszewski: Kontrola, rzecz święta, wyjmuj dokumenta!
Kurpiecki: Niepoprawne myśli z kraju kiszonego śledzia
Olszewski: Gwiazda Karen Edwards zachwycona regionem Iławy
Olszewski: Słynny pan Macyra i inni w branży
Rochowicz: Zwyczaje swawolne
Olszewski: Gorzkie żale odjeżdżajcie!
Więcej...

opinie

2019-06-19

Olszewski: Słynny pan Macyra i inni w branży


Wiecie, że latami już taksówkami się nie poruszałem, a tu musiałem wziąć ostatnio takową do Sąp. Droga to dość konkretna. Pośmiałem się z taksówkarzem, pogadałem i tak wzięło mnie na wspomnienie zjawiska, bo się spędziło w taksówkach – Jezu – ile życia! Przedostatni raz był raczej smutny. To bodaj początek listopada 2016 roku, kiedy to zerwawszy ścięgno Achillesa, zamówiłem ranny poniedziałkowy kurs z domu do szpitala, gdzie mnie kładli na trzy dni na operację. Jak to rwało stopę, nie szło normalnie ułożyć łydki. Czułem kopnięcie prądu przy każdym ruchu – dopust Boży! A głupim się było za młodu, o czym ostrzegał mnie ojciec – za dużo w piłkę kopiesz, te kilka tysięcy uderzeń w prawej nodze kiedyś ci kontuzjogennie odpłaci.

Odpłaciło jak windykator: chłodno, konkretnie, raz a dobitnie – idziesz pod nóż, coś tam popuściło, złamało normę, po tobie… Oczywiście strach ma wielkie oczy, bo hasam dziś jak dzik po runie leśnym, niemniej wspomnienie niewesołe zostało – i jego problem. Ale mam epopeję napisaną, przeżytą naprawdę i zaraz wam ją sprzedam. Nigdy za dużo kabaretu i faktów historycznych okołoiławskich – co wiem, uwielbiacie! Zacznę od opowieści archiwalnych, które usłyszałem przed czasami, kiedy percepcja mi się obudziła, a nawet przed czasami, kiedy przyszedłem na ten świat.

Nie pierwszym może, ale z pewnością najsłynniejszym iławskim taksówkarzem w historii był pan Macyra, który poruszał się po mieście czarną wołgą, VIP-owską. Taką, jaką Gierek z Breżniewem dostawali na lotnisku, a w filmie była zarezerwowana dla dyrektorstwa, czego przykładem „Czterdziestolatek”.

Był to bardzo taktowny, lubiany, starszy pan i pamiętam, jak zmarł, że był rwetes i żałoba, iż kawał dziejów tych asfaltów i bruków idzie do grobu. Bardziej nawet bruków – stosunkowo niedawno, przy końcu komuny, położono asfalt przed pocztą, a gdzie indziej było tylko gorzej. Podówczas funkcjonowały jeno dwa postoje taksówek: tak jak dzisiaj na Niepodległości, koło parku i przy dworcu głównym PKP. Zdobyłem ich numery telefonów, tylko nie dzwońcie, bo mogą nie odpowiadać. Otóż na Niepodległości dzwoniło się 23-53, na dworzec zaś 25-95. Płaciłeś za dojazd, więc z dworca dwóm trzecim grodu się nie opłacało, stamtąd brało się je zwykle, wysiadając z pociągu i to hurtowo. Aut prywatnych było jak na lekarstwo, jeszcze do lat 80., do połowy tych lat. W ogóle chciałem potępić idiotyczną manierę, wszechobecną w mediach – w TV, radiu, internecie, by wyrażać się: „W latach 80. ubiegłego wieku”!

Odczynnik wiekowy dodajemy tylko, gdy mówimy o nieostatnich nam latach 80., bo wtedy trzeba rzeczywiście doprecyzować. Ale mówienie, że rynek dolarowy stał się legalny na początku lat 90. ubiegłego wieku to apel półinteligenta o litość. Nie dajcie się tej manierze. Teraz wracamy do tematu. Z tych dwu numerów korzystałem i ja, to moje początki taksówkarskie. To do liceum się brało taksę, to wracało nią czasem do chałupy podchmielonym, by nie było wstydu – różnie. Wołga Macyry ponoć była chwilę wcześniej najbardziej pożądanym losem na loterii – fiaciki przy niej gasły, warszawy i zastawy również. Tylko dzisiaj moi rozmówcy się zastanawiają: jak on godził ustalone wspólne ceny ze spalaniem paliwa w swoim – i tu chwila prawdy – kombajnie. Bo reprezentacyjne to było, ale radziecka myśl techniczna nie mogła zejść z silnikowego ślepego zaułka i żarła ta wołga ponoć 22-25 litrów benzyny na 100 km, poza miastem zaś 18!

„Radzieccy” i telewizory kolorowe robili płonące, o kineskopach rozmiaru szaf. Coś tam proponowali, ale Zachód miał z tego zawsze ubaw, z tej przemożnej toporności. Ostatnio usłyszałem genialny kawał i już go wam udostępniam, tylko nie pęknijcie ze śmiechu! Co to jest: duże jak dom, pali 100 litrów ropy w godzinę, strasznie dymi i… tnie jabłko na trzy części? Nie idzie dojść, prawda? A jest to… radziecka maszyna do cięcia jabłka na cztery części! Wołga była podobnym wykwitem geniuszu, ale w blachach i czerni wyglądała w miarę normalnie. Tylko zachodzi ryzyko, że kosztem sławy Macyra poważnie dokładał do interesu, inaczej byle kurs na dzisiejsze kosztowałby ze 40 zł, a jak wiadomo, wówczas status krezusa praktycznie nie istniał. Taksówki przeto musiały być tanie, choć panowie za kierownicą czuli się kimś – wybrzydzali!

Jechał taki np. na obiad z dworca i pytał, którzy z kolejkowiczów (stały porządne kolejki, widzę to do dziś!) w pobliże ul. Westerplatte/Narutowicza i brał od razu trzech! A reszta z wytęsknieniem wypatrywała kolegów głodnego, którzy nadjeżdżali, ale z miną panów sytuacji. Preferowali dalszych trasowiczów – Szałkowo, Karaś, tam się opłacało, a pan z walizkami na Kościuszki niech czeka, aż poważni klienci się rozjadą. Takie karty były na stole. W ramach nich myśmy wracali na początku lutego z Zakopanego. No właśnie kilka walizek zaledwie na Kościuszki, to pamiętam, ojciec dawał 50 zł od razu wahającemu się, co wnet przełamywało lody. Pan zapraszał z trzaskającego mrozu do środka, pomagał zapakować dobytek do bagażnika – władca nasz przemiły! Ten boom umarł ponad dwie dekady temu, liczba taksówkarzy przemnożyła się przez kilka, zaczęli zrzeszać się w Radia Taxi, ceny spadły na pysk i leżą tam do momentu kropki w tym zdaniu i dalej.

Wtedy też zaczęły się moje przygody jako pasażera. W epoce – przypomnę, choć to aż niewyobrażalne – przed telefonami komórkowymi! Ależ to jaskiniowe dni i noce z dzisiejszej perspektywy, aż wstyd było wtedy żyć – oczywiście żartuję! Wziąłem raz taryfę do Elbląga, nawet niską cenę uzgodniłem, no może na obecne 220 zł. Pilne leki wiozłem ciotce z USA, podesłał doktor Henryk Kruczyński z Iławy, bawiący tam u syna. Kuracja antyrakowa, fiolki/zastrzyki jakieś z tabletkami i o dziwo, zwalczyła tym tego raka, a wtedy nikt nie zwalczał! Dość, że ciotka żyje do dziś, 92 lata chyba ma. Ona opłacała transport, z Elbląga ok. 350 żądano, więc wsiadłem i jadę, bo medykamenty „na wczoraj”, potwornie źle się czuła. Kierowca mi nieznany, acz wygadany, trajkocze jak najęty. Po krótkiej chwili zwróciłem uwagę, że wszelkie porównania, jakie czyni, są cholernie monotematyczne, bo wszystko dla niego było „jak ch…”.

Najpierw padało „jak ch…”, potem słońce świeciło „jak ch…”, „willę jak ch…” minęliśmy, głodny „jak ch…” był. Tanio jak ch… stwierdził, bierze za tę wyprawę, co akurat było racją. Ja po pół godzinie płakałem jak ch…, a on nie wiedział, co mnie tak powaliło. Przyznajcie – tępy jak ch…! No i tak dalej: ciotka była szczęśliwa jak ch…, leki okazały się skuteczne jak ch…, teraz jest zdrowa jak ch… Fajnie jak ch…, no nie? Taksówkarzowi się wkrótce powiodło jak ch…, bo zmienił samochód na import z Niemiec, a ja jąłem zachęcać wszystkich wokół, by z nim jeździli! Wtedy też doszło do odwrócenia proporcji. To taryfy stały w kolejce na postojach, a klient zjawiał się znienacka i mógł wybrać, do której wsiada. Weź po dziewczynę pojedź zdezelowanym gratem, a takich było dużo jak ch…! Ile on na tym żelaznym, nieschodzącym mu z ust porównaniu zarabiał, to pewnie sam nie dowierzał swemu szczęściu!

Niestety po dwóch-trzech latach zniknął gdzieś jak ch… – co odchorowaliśmy przelicznym gronem żałobą prawie. No smutno nam było jak ch…, jak nie bardziej! Potem nastała era „kierownika”. Był to właściciel białego mercedesa, którego szlag trafiał na każdego innego kierującego, a szczególnie kobiety za kółkiem, które miał dosłownie za zera. Jak on im złorzeczył, jak „klaksonił”, dłonie kładł na głowie, a wszystkie swoje żale wylewał werbalnie, zwracając się do ciebie per „kierownik”. Nieważne, jakiej płci byłeś (swoje klientki poważał), wieku czy też statusu społecznego. Dziecko słyszało „kierownik”, pani nauczycielka i profesor medycyny – nie ma to jak wspólny, czytelny mianownik! Tyle że on był nerwowy jak ch… i to się udzielało, miał negatywny elektorat i dzwoniąc na Radio Taxi, nie raz słyszałem, jak zaznaczano: „Tylko nie kierownik, kierownik, OK?”.

Drugie „kierownik” adresowane oczywiście było do odbierającego telefon, rozumiecie kierowniki? Był jeszcze taki Tomek, nieżyjący już dziś. Ten to z kolei klasa sama w sobie – aparycja, głos, wyższą klientelę mógł wozić. Zmarł tak nagle, że kiedyś pytam jego syna, co u Tomka, a on na to, że nie żyje – szczyt nietrafionego pytania, ale może on około 50-tki był? Dość, że kwartał wcześniej wyglądał kwitnąco i błogosławiłem stan dany, jak on podjeżdżał pod dom czy gdzie indziej, skąd ruszałem. Z Tomkiem przeżyłem kurs życia w nudnych na pozór okolicznościach. Kolega robił wieczór kawalerski, w lipcu w Siemianach, w „Szopie” u Michała Kwiatkowskiego, który nam też przedwcześnie odszedł. Miało nas być siedmiu, Michał zarezerwował nam stolik, do Siemian przyjechaliśmy autobusem – PKS podsunął jakiegoś rzęcha, że ledwo jechał, narobiliśmy zdjęć, generalnie była radość, że dobrnęliśmy, bo za Gardzieniem nawet zgasł i kroił się spacer.

Na powrót zabukowaliśmy dwie taksówki, ja Tomka, koledzy „kierownika”, bo go lubili. O pierwszej w nocy obaj mieli być, wracamy do Iławy. Byli, poczekali do drugiej, postawiliśmy kolację. Pech chciał, że gospodarz – Michał, gościł w tym dniu Jerzego Szymana, legendę Iławy i drugą – Stefana Trykacza. Obie legendy zdecydowały się z nami zabrać, bo biesiadowali dłużej niż my i mieli dość, a do tego nie wiedzieli, jak powrócić w domowe pielesze. Jurek w każdym razie do Szałkowa chciał w pewnym momencie zdecydowanie popłynąć wpław, po nocy, z siedem kilometrów! Nawet zakłady przyjmował, że tego dokona.

Mieliśmy nadkomplet, 5 osób wsiadło do „kierownika”, 4 do Tomka: ja, kolega – jeszcze kawaler, najbliższy mój przyjaciel i Trykacz. Rozdzieliliśmy ich z Szymanem, bo już przecinali ręce o to Szałkowo, kwota zakładu dla zwycięzcy – 2000 złotych.

Przy czym nie wzięli pod uwagę, że jak Jurek przegra, to prawdopodobnie nie zapłaci, albowiem utonął. Tak co 5 minut albo się zakładali, albo pytali, gdzie taksówki. Odseparowaliśmy ich, by zrodzone namiętności się uspokoiły. Ruszyliśmy drudzy, bo jeszcze Trykacz się żegnał z gospodarzem, jakby na zsyłkę na Sybir jechał – wylewnie, ze łzami w oczach. To mogło pobudzić wzruszenie, bo w taksówce bez przerwy się rozpływał nad swoją wyjątkowością, w każdej niemal dziedzinie życia. Na przykład takiej, że byłby… wzorowym naczelnikiem więzienia, wielonarodowego i przedstawiciel żadnej nacji, nawet najbardziej sprytnej, nie zaplanowałby udanej ucieczki z jego zakładu karnego. Ponieważ było to silnie absurdalne, słuchaliśmy tego wywodu w milczeniu, a Trykacz prawie że sam do siebie nadawał: „I Szweda bym przypilnował, i Łotysza, Austriaka, Araba. Niemca też i Francuza. Belga bym upilnował, Duńczyka, Kanadyjczyk by też nie podskoczył – ani Norweg”!

Aż kolega nie wytrzymał i ze śmiechem podjął, ku uciesze Tomka za kierownicą i naszej: „A Kameruńczyka byś przypilnował”? „Tak, nawet by nie fiknął”! „Szkota też”? „Szkot w ogóle jest za głupi na ucieczkę – usłyszeliśmy – miałbym łatwo”! Poszedł Amerykanin, Anglik, Fin, Rumun, Węgier. Skręciliśmy przed Szczepkowem na Iławę pytaniem o Maltańczyka – a jakże, przypilnowany i Szwajcar za moment. Przed Kamionką szliśmy dalej: a Greka? Trykacz od razu odparł – „Greka nie”. Tomek mało w pobocze nie wjechał, gwałtownie wyhamował i stoi, my zdębiali! Trykacz spokojny, milczy. Mija z 20 sekund i kolega pyta naprawdę zdziwiony: „A dlaczego Greka byś nie przypilnował, z jakich powodów”? Trykacz objął nas wzrokiem świadomego mędrca i wyjaśnił krótko, acz treściwie: „Bo Grek się przywiązuje”!

Wyszło nam, że kończysz pilnować Greka, a on przywiązany do ciebie – nie chce do Grecji, rodziny, a tu zostaje – tego naprawdę trzeba unikać! Ta biblijna przypowieść jest od wtedy z nami do dziś, 20 lat już w sporej trupie osób ostrzegamy znajomych przed Grekami – jedziesz na wakacje, nie odzywaj się, bo się przywiążą! Koleżanka była w jury konkursu teatralnego w Warszawie z aktorem greckim – dostała zakaz nawet powiedzenia mu „dzień dobry”, bo jeszcze się przywiąże, a ona mężata, dzieciata. Od Greków z daleka, takie memento dostaliśmy, tylko je krzewić… Z Tomkiem łzy nam kilka razy poszły ze śmiechu na wspomnienie wielkiego hamowania w Kamionce. Mam nadzieję, że na tamtym świecie też się od Greków izoluje ręką/nogą, innego wyjścia po prostu nie ma!

Teraz zaś kilka ciekawostek z branży – taksówka pana Macyry miała kultowy w Iławie nr 2, co oznacza, że nie jeździła sama. W Suszu bowiem jeszcze na przełomie wieków funkcjonowała wyłącznie jedna taxi, a zawiadywał nią członek mojej dalszej rodziny – Mirek Mieczkowski. Kiedyś matka była z nim na Śląsku, jak ojciec miał zawał. Dobrze po północy w karnawałową sobotę (luty) dzwoni do Mirka komórka: „Do pałacu w Bałoszycach poproszę, już wychodzę”. „Nie trzeba już wychodzić, 510 km nas dzieli” – mieszkaniec Susza był niepocieszony, ot na rauszu i żadnej alternatywy! Ale musiał Mirek nieźle prosperować, bo się długie lata szczycił tą swoją wyłącznością na miasto i okolice – choć z boku wyglądało to niekłamanie komicznie. Iława za to miała za mały kaliber dla pewnego gościa z Gdańska z końca lat 60., który co tydzień-dwa wpadał do „Kormoranu” na dancing i koncert bigbitowego zespołu „Trytony”.

Stefan Gurzyński tam grał, wspomniany Michał Kwiatkowski, Marian Kieloch – mocna iławska odpowiedź na brytyjską inwazję. Ten człowiek był gomułkowskim milionerem, bodaj marynarzem dewizowym. Stać go było na wszystko i to pokazywał nachalnie, acz i z wdziękiem. Stawiał, płacił orkiestrze, lubiany był. I podrywał najlepsze dziewczyny, to był „ktuś”! I on nieodmiennie zjawiał się na Plażowej trzema taksówkami zachodnimi – na Wybrzeżu takie 50 lat temu krążyły. W jednej jechał on, w drugiej jego świeży garnitur, parkietowe lakierki i flakonik perfum, w trzeciej zaś neseser i jakieś podręczne bagaże. Szoferom zapewniał przy postoju wikt i napoje bezalkoholowe, mieli oni peryferyjny stolik, potrafił też wynająć im pokój, by się należycie zregenerowali przed porannym powrotem – takie panisko pełną gębą.

Taksówkarze, iławscy także, w okresie boomu gastronomicznego zapisywali też karty spryciarza: pijany klient zasypiał, to podkręcali liczniki i wmawiali, że kazał się obwieźć po wsiach i dawaj 210 zł za kurs „Czapla”-Asnyka. To były strony barykady i może są nadal, a eposy, ciekawe jak ch… piszą się mimowolnie, „kierowniki”. Uroki realiów, je kochajmy!

LESZEK OLSZEWSKI





  2019-06-19  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
125771637


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | kogel-mogel | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2019 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.