Logo Kurier Iławski

Wejście
Pierwsza strona
Zdrowie
CENNIK MODUŁOWY
Ogłoszenia drobne
Ogłoszenia modułowe
Wyszukiwarka
FORUM

Opinie, felietony
Gonzalez: Dumne cztery pokoje burmistrza (oklaski)
Dąbrowski: Dekalog dla wyspy Wielka Żuława
Olszewski: Sezon na grzyby
Święciński: Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Olszewski: Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
Gonzalez: LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Gonzalez: Pozostały tylko obietnice
Święciński: Epidemia paradoksu
Gonzalez: Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Więcej...

Opinie, felietony

2016-12-14

Olszewski: Prywatny szczyt skretynienia


Większość z nas, moim zdaniem, nie tyle nie dociera do czeluści siebie, co nie zna, nie rozeznaje się w sobie w ogóle. Naukowcy stwierdzili, że żyje nas w tej chwili ponad siedem miliardów i z całą pewnością nie znajdziemy wśród tego dwóch identycznych jednostek. Mało tego, w całej historii ludzkości dwaj identyczni ludzie się nie narodzili i nie narodzą, podobnie jak dwa identyczne ziemniaki czy lisy. Nasze organizmy też inaczej chodzą, to jak tysiące marek samochodów, a każda z tych marek tysięcznie różni się od innych egzemplarzy swojej stajni – niepojęte, realne, proste.

Ogólnikowe pojęcie tych prawideł pozwala zrozumieć, dlaczego jednemu choćby coś służy, a drugiemu to samo ni w ząb nie chce pomóc. Pozwólcie, że wezmę za przykład przesłynny napój energetyczny, który według hasła reklamowego dodawać ma skrzydeł. Mnie nigdy nie dodał i nie doda, a znajomemu znowuż ratuje życie, codziennie. Znajomy lubi się nie wyspać. Prowadzi internetową sprzedaż, siedzi do późna, mało śpi. Jak ma mieć muła cały dzień, to woli wydać pięć złotych i się od muła uwolnić. Zdrowotnie może nie najmądrzejsze wyjście, ale stawia go to momentalnie, redukuje wszelkie niedobory. Moje przygody z tym eliksirem zaś nie zaiskrzyły, było kilka prób, które zakończyły się fiaskiem. Istnym krachem na giełdzie w przełyku i niżej. Tam, gdzie dzisiaj Stokrotka przy targu, debiutował w 2000 r. market Plus.

Jego zasługą ta rura, ten kształt, całość wnętrza w gruncie. Plus wyprzedził Biedronki, Kaufland, wszystko i to o spory szmat czasu. Pierwsze podróbki w Iławie oryginalnych, ogólnie znanych produktów, to dzieło Plusa właśnie. Wonczas za niecałe dwa złote nabyłem energizer o smaku oryginału. Booster się nazywał, na Słowacji kolega go odkrył, w lokalnym Plusie. Zapach i smak ten sam, działania niet, co wziąłem na karb nabycia „malucha” zamiast porsche. Okazja, by przekonać się, jak oliwi prawdziwa oliwa, nadarzyła się wkrótce. Doświadczyłem głupiej przygody z ojcem w tle. Po zawale, raz na pół roku kładł się do kliniki Akademii Medycznej w Gdańsku na taki przegląd. Sprawdzano działanie stymulatora serca, analizowano parametry z dokonanych badań, tydzień umykał z życia i trzeba go było stamtąd odebrać.

Dzwonię, czeka mnie następnego dnia o 12:00, będzie wypis. Wyruszamy w drogę ku Jeziorakowi w szampańskich nastrojach. Jest lipiec, upał, rokowania dobre, humory wpięte w oczy. Tankuję w Pruszczu Gdańskim, nie widzę nomen omen „Plusa”, iż samochód zapala. Za 100 km dojeżdżamy do Kamieńca pod Suszem. Swoje ziemie, lasy, pora na obopólną „przerwę sikającą”, pęcherze domagają się uwagi. Po zadośćuczynieniu przekręcam klucz w stacyjce – cisza. Jeszcze raz mocno – nic. Piąta próba – trup, honda stoi! Łapię matkę komórką, hol, jesteśmy w Iławie na linie za dwie godziny. A problem otwarty: trzeba auto jeszcze dotransportować do Olsztyna do salonu, skąd ją kupiliśmy. Laweta. Jak wszystko się ziszcza, słyszę: „Naprawa potrwa około tygodnia-dziesięciu dni, zadzwonimy”.

Wracam pociągiem, nocuję i decyduję udać się do Siemian na przeczekanie, dysponuję domkiem letniskowym, a jest środek lata. Wtorek zastaje mnie tamże, mam kupę czasu na nicnierobienie, a to furtka czasem do pochopnych czynów. I tak w nocy ze środy na czwartek, złapawszy kamratów płci obojga, podejmuję ich w drewnie u siebie. Jedno piwo, drugie, czwarte – za mocno jak na godzinę 7:10. Wtedy to odbieram komórkę z wiadomością, iż honda naprawiona, do odbioru dzisiaj. Ależ ja byłem poza sobą, zaśnięty, ćwierć przytomny! Radość jednak przezwyciężyła: primo – dostać się do Iławy, następnie w pociąg, w Olsztynie taxi i ukochany samochód wraca, pod rękę! Podejmuję wyzwanie. W Iławie muszę tylko wziąć gorącą kąpiel, dla otrzeźwienia. Wanna, serwuje sobie kurację z wrzątku – na nic, dalej mulę. Ociężałość członków z mózgiem czy półmózgiem na czele zwycięża.

Radio-Taxi umawiam, ma być za 10 minut, a naprzeciw spożywczy. Decyduję się na pokerowego wista, wszelkie atuty na stół – dwa energizery proszę mi podać! Skrzydlate! Wypijam puszki duszkiem i doznaję do dziś pamiętnego olśnienia: oczy mi się otwierają, żyły tętnią – jestem bogiem! Zakładam ręką taksówce lasso, macham, proszę zjechać tutaj, taksówkarz dostrzega to. Klimat z werwą, wszystko ma sens, jakżeż miło porozmawiać, gdzie to zmęczenie? Przyszło za 120 sekund, po bożych dwóch minutach byłem ponownie w piekle. Czuję, że opadłem, obumarłem, ziewam, dętka znowu pusta. W pociągu spanie, głowa ciężka – gniew niebios nie pozwolił w tym dniu być człowiekiem, którego znam. Jakoś dojechałem z powrotem, powoli, uważnie, z wiedzą, że „skrzydlaty” w moim systemie ekobakteryjnym czy komórkowym nie działa, jest jałowy.

A z tą hondą w ogóle osiągnąłem „tamtą razą”, jak to się mówi, prywatny szczyt skretynienia. Zawsze podkreślam, że IQ mam wysokie i talentów moc, ale życiowo znowuż jestem pewna część ciała w korach. I to duża! Gdy kupowaliśmy auto z salonu, dostaliśmy dwa komplety kluczy – czarny i czerwony – jak u Stendhala. Czarny do stacyjki, czerwony w plastiku i on zalegiwał potem w szufladzie, aż mnie zafrapował. Wziąłem go do auta i włożyłem niczym czarny, pasował, przekręciłem więc go do oporu, a tu nic – milczenie owiec! Wyjąłem spanikowany, odpalam czarnym, regularnym – cisza! To jeszcze raz próba czerwonym – na nic! Kolejna próba czarnym – silnik zagrał regularnie – o Jezu, chwała ci na wysokościach bądź gdziekolwiek! Na spokojnie wydedukowałem, że musi to być immobilizer, kat na złodziei!

Od następnego dnia więc blokowałem tak samochód każdorazowo na dłuższych postojach: czerwony – amen, czarny – amen, ponownie czerwony – amen, czarny – jedziemy! Pochwaliłem się rodzicom odkryciem, uznali to za kolejny atut wozu, bo w ogóle się nie psuł, do dziś się zresztą nie psuje, więc go nie zmieniam, jest mi jak rodzina. Minęły potem ze trzy lata i strzelił w tym Kamieńcu, z niczego. Tak nam się wydawało, aż w salonie oddaję oba klucze i opowiadam o tym czerwonym cudzie. A tu chłop się łapie za głowę: „Pan ten klucz wkładał do stacyjki?”. Po jego oczach widzę, że nie była to najbardziej roztropna decyzja. „No owszem – przyznaję się – codziennie od dwóch-trzech lat”. „A do instrukcji pan nie zajrzał?” – porządkuje dialog. „Zajrzałem, ale na dwie pierwsze strony” – porządkuję dialog. „Ten klucz – kończy ekspert – jest wyłącznie dla nas, to wejście do elektroniki tego konkretnego pojazdu. To, co się stało, jest wynikiem rozhermetyzowania się układu, sam pan sobie to zafundował!” – mówi bez emocji, acz patrząc na mnie ze stosownym uniesieniem brwi. „Zafundował” było złym określeniem, wymiana stacyjki i uporządkowanie całości wyniosło nas 1.600 zł, plus laweta, hol – doszło do 2.000. Nowego czerwonego klucza do dziś nie biorę do rąk – kolorystycznie mi nie pasuje do karnacji skóry. Doświadczenie to bytowe doprowadziło może nie do odkrycia czeluści siebie, ale do konkluzji, by zrezygnować z wszelkich prób eksperymentowania z nieznanym. Bo człowiek się znajduje ex post w sytuacji ucznia czarnoksiężnika, tj. uruchamia siły, nad którymi nie jest w stanie zapanować.

Rozeznałem się za to w sobie w materiach niepomiernie bardziej ważkich. Wiem np. (choć nie wiem dlaczego), co jest moim superpożywieniem, jakie składniki menu trzeba czasem (nawet wbrew smakowi) zastosować, by czuć się mocnym, prężnym, wypoczętym. Zasięgnąłem przy tym informacji, że na nikogo innego moje kulinarne eliksiry nie działają. Wracamy do tego rozdrobnienia gatunku na miliardy nie przystających do siebie egzemplarzy. Otóż z dziwnych przyczyn cuda ze mną wyczynia sałata zielona, najzwyklejsza ze zwykłych, bo sałat wyhodowano odmian kilkadziesiąt. Rzymska, ruccola, roszponka, radicchio, lodowa, endywia – chodliwe potrawowo to warzywo, po obu stronach Atlantyku i dalej. W marketach popularne są miksy sałat, oto one w pełnej okazałości!

Przy czym całe to wiano może dla mnie nie istnieć, a sałata masłowa, bo o niej mówimy, jest mi bezcenna. Przemycam ją w żołądek kilka razy dziennie, to bez niczego, to w kanapkach, wsuwam ją jak królik. Efekt? Po każdej transzy niesamowity przyrost sił witalnych, trudny wręcz do opisania. Czuję się w 100% odpalony tanim kosztem, nawet w 102% jak „Rudy” w „Pancernych”. Dlaczego po innych sałatach tak się nie dzieje, nie umiem odpowiedzieć, ale widzę, czuję, że się nie dzieje. Koncentruję się więc na najtańszej notabene ich przedstawicielce. Z ciekawości poczytałem o jej właściwościach i okazało się, że jak Sokrates: wiem, że nic nie wiem! Musiałem mieć spore niedobory i ona mi je łata. A dysponuje w swoim arsenale kwasem foliowym, witaminami B, E, C, żelazem, magnezem, kwasami organicznymi, przeciwutleniaczami – zielony gigant, mechagodzilla!

Zbawiennie wpływa również na sen i to możecie na sobie sprawdzić! Brytyjscy naukowcy zalecili pacjentom z problemami tej natury, jak i zaburzeniami snu dokładanie liści sałaty do ostatniego posiłku dnia. Po czym stwierdzono, że wszyscy badani (dosłownie co do sztuki!) pozbyli się swych dolegliwości i śpią aktualnie niczym bobasy po karmieniu piersią. Na krótkiej, ale uświęconej liście moich cudów znajduję też orzechy włoskie, jasne winogrona oraz majonez. Ten ostatni zawiera kwasy omega 3, a nie jem mięsa, pewnie dlatego dolewa mi ich do krwi. Z majonezu korzystam jednak sporadycznie, jest to takie parcie jak czasem się miewa na słodycze. Raz na miesiąc-półtora bierze mnie na majonez, więc go najczęściej na łyżkę do zupy i bęc w usta – po kuracji, po „słodyczu”!

Zostawmy wiktuały, niemniej szukajcie swoich magicznych roślin, warzyw i owoców. Może kiwi natura stworzyła dla was, może ziarna szałwii hiszpańskiej, popularnie zwanej chią? Chia np. świetnie odkwasza i odtruwa organizm… Dajcie sobie szansę poduczenia się, a nie zejścia na raka od tych antybiotyków w mięsie dowolnym! To gwarant powolnego trucia się i w wielu wypadkach przedwczesnych śmierci – tak mało się interesujemy, skąd te raki, te guzy w naszych środkach? Kiedyś stoję w aptece, przede mną starsza pani, temat z aptekarką schodzi na raka. Myślałem, że kobiecina bogata mądrością ulicy i sąsiadek, a tu palnęła: „Wszystkie raki są od stresu i jedzenia mięsa!”. Z tą udokumentowaną tezą się nie dyskutuje w gremiach naukowych, ale treść taka w percepcji owej kobiety?

Nie mogłem ukryć zdumienia. Jak to czasami się nie doceni szanownej mieszkanki, jak by nie patrzeć, polskiej prowincji… Chociaż oczywiście prowincja to stan umysłu, nie miejsce zamieszkania. Wolter mieszkał na prowincji, a był największym myślicielem XVIII wieku. Cechą, jaką wcześnie wyodrębniłem u siebie, jest to, że boję się o siebie – nie lubię ryzykanctwa. Wczoraj oglądałem dokument o Stevie McQueenie, aktorze naturalnie, który brał też udział w wyścigach samochodowych. Nakręcił nawet film o 24-godzinnym ściganiu się w Le Mans – całą dobę ciśniesz gaz i na końcu, jak nie zasnąłeś za kierownicą i się nie zabiłeś – przechodzisz do historii. Mnóstwo wypadków tam co roku, ale zjedzie się śmietanka kierowców rajdowych i ustalają rykiem silników, który największy kogut. McQueen uwielbiał ostrą, brawurową jazdę, prywatnie wynajął pod Le Mans pałacyk i w nocy raz wracał doń, a lał deszcz. W aucie miał koleżankę-aktorkę i reżysera. Tak pruł, że krzyczano do niego, a on udawał głuchego. W końcu wpadł w poślizg, dachowanie, drzewo, łąka – dwie poważne kontuzje, a jemu nic. Ponoć jak wyszedł, krzyczał do siebie: „Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem!?”, ale prowadząc, miał z pewnością euforyczne myśli. Co za krótkowzrocznego kretyna można w sobie chować?

Czytam też o nieudanych i zakończonych tragediami wyprawach na Everest, K2 czy Broad Peak, o zmarłych Polakach, Amerykanach, Japończykach. Wiecie, dlaczego w dużej mierze giną? Z własnej głupoty, wypadki to nikły procent wśród ofiar. Wchodzą na ten szczyt w grupie czasem, jedni idą szybciej, drudzy wolniej, ale wiadomo, że jeśli chcesz wrócić do obozu przed zmrokiem (bo nocy na ośmiotysięcznikach nikt nie przeżyje), to zejście musi się odbyć najpóźniej o 14:00.

Tak przed wymarszem wczesnym rankiem ustalają, a potem niektórzy mają to w części ciała, o której wspomniałem w kontekście bon motu z korami w tle. I ci ludzie mają żony, żony w ciąży, dzieci, domy – nic się nie liczy poza zdobyciem tej cholernej góry sprzyjającego dnia. Pogoda musi być nienaganna, to warunek, dlatego czatują czasem w mroźnych obozach kilkanaście dni. Była jedna wyprawa Kukuczki, szedł z nim Amerykanin, nauczyciel z podstawówki w jakiejś dziurze. Jego wyprawą żyła szkoła, obiecał dzieciakom zdjęcie ze szczytu Everestu z flagą tego miasta, gdzie uczył. Jakiegoś Rybna w Oklahomie. Niby był wytrenowany, ale jak wyruszyli, zaczął odstawać. Kukuczka zdobył szczyt 13:30, inny Amerykanin – koordynator Jankesów 13:55 i schodzą. Około 14:30 widzą tego nauczyciela, jak jeszcze prze w górę.

Kukuczka mówi: „Schodź, uciekła okazja!”, Amerykanin-koordynator każe się podporządkować, on za niego odpowiada: zawracaj! A ten w płacz: „Za 20 minut tam będziemy, chodź ze mną, proszę. Ta fotka i uciekamy, to krótki odcinek”. I wiecie co? Przegadał koordynatora i we dwójkę odeszli. Fotka się zachowała, a obaj zmarli na skutek wyziębienia gdzieś po urwiskach w nocy. Kukuczka wrócił bezpiecznie, a zginął później pod Lhotse, bo lina mu pękła, nie wytrzymując obciążenia, spadł w dwukilometrową przepaść. Przerażające! Himalaizm mnie przeraża, chodzenie szlakami po górach – nie. Co nogą, to nie zawieszony na skale, co spacer, to nie latanie paralotnią, która z himalaizmem naturalnie nie ma nic wspólnego.

Gdybym odkrył w sobie wariata, to bym się siebie bał. Mieszkałem onegdaj na czwartym piętrze na Kopernika 3A. Wpada raz sąsiad z klatki obok, że nie ma klucza, a żona w pracy – przejdzie balkonami! Mało nie zemdlałem na samo wyobrażenie, kulturalnie odmawiam, a on, żeby się nie obawiać! Proponuję kawę, poczekamy – nie, przejdzie! Może dzięki mojemu uporowi żyje, ciekawe, czy wpisał tę historię do pakietu poznawczego samego siebie? Taki sztambuch to poszerzana, wewnętrzna instrukcja obsługi. Niektórzy jej lekturę, nie wątpię, zaczynają w niebie!

Bądźcie ostrożni, z kim żyjecie, bo gdzie my i myśli nasze – jak to powiedział Nietzsche, tam jest nas dwóch! A to co najmniej pomarańczowe światło…

LESZEK OLSZEWSKI





  2016-12-14  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
131026212


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





Wejście | Pierwsza strona | Zdrowie | CENNIK MODUŁOWY | Ogłoszenia drobne | Ogłoszenia modułowe | Wyszukiwarka | FORUM
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2021 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.