Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Święciński: Po co segregować odpady? Egzamin z dyscypliny
Olszewski: Czy teraz lubi się wracać do szkoły?
Gonzalez: LGBT w radzie miejskiej Iławy?
Gonzalez: Pozostały tylko obietnice jawności
Święciński: Epidemia paradoksu
Gonzalez: Połowa wakacji minęła, nastroje raczej słabe
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Gonzalez: Dziennik końca świata (3). Pielęgniarki na wojnie
Orlicz: Doczekalnia
Gonzalez: Dziennik końca świata (1). Kto przewidział?
Więcej...

opinie

2013-09-25

Olszewski: O podpalaczach, fotografach i paniach z kiosku


Mieszkańcy Iławy nie robią zdjęć Iławie, a na przykład Niemcy – jak najbardziej. Dziwne! Przy tej dostępności aparatów cyfrowych aż się prosi, by go za grosze kupić i usilnie nadrabiać lata komuny, skąd pamiątek mamy mało, mikroskopijnie wręcz, a do tego w przeważającej tonacji czarno-białej. Mieszkańcom się jednak najwyraźniej nie chce dziś pstrykać zdjęć w rodzinnym mieście. Zwłaszcza mieszkańcom starszym, którzy aparatów w ogóle nie uznają za sprzęt potrzebny do życia (zerknijcie po rodzicach i babciach), a starszy, stereotypowy Niemiec to schludnie ubrany emeryt z aparatem właśnie przewieszonym przez szyję. Zwykle dobrym aparatem, chociaż czy w tych czasach są złe aparaty...?


Ważąc wszystkie za i przeciw, o wiele cenniejsze to źródło pamiątek niż jakiś dziennik spisany papierowo czy przekazy ustne, mogące ulegać zatarciu. Do tego finanse: nie płacimy obecnie za kolejne klisze, a zaledwie wymieniamy baterie (koszt ok. 3 zł) co 200-300 fotek. Bierzcie się więc seniorzy do roboty, bo póki co nastolatki opanowały tu fotografię masową (epidemia ogólnopolska). Mienią się czasem nawet „artystkami” i „fotografami”, ale ich dzieła to zwykle towarzyska pstrykanina, a artyzmu w tym tyle, co trucizny w zapałce, że posłużę się cytatem z „Lalki”.

Poza tym robienie zdjęć sobie a nie miastu i sobie to zasadnicza różnica. Niemcy, Japończycy czy Amerykanie fotografują bardziej miejsca, nie siebie! Siebie uznają nawet czasem za „okoliczność obciążającą” i nawet będąc w grupie, stanowią oni wielki prywatny foto-oddział przed obiektywami swoich maszyn uwieczniających.

Pamiętam kiedyś Japończyków w Żelazowej Woli. Oni Chopina narodowo kochają na zabój, mają polskie dusze w Azji. Grupka chodziła i fotografowała wszystko: budynki, ogród, altankę, gdzie Chopin się obijał, ale nie siebie na tym historycznym, „świętym” tle. Uznali chyba, że taki kolaż świętości uwłacza, muszą to być ludzie niezwykłej wewnętrznej wrażliwości.

Niemców w Iławie widzę, jak jesień się zaczęła, nie kalendarzowa, bo ta jest od niedzieli, ale ta pogodowa, którą już trawimy trzeci tydzień. Idzie ich wychwycić z tłumu, są charakterystyczni, bo gustownie się ubierają. Nie bogato, a gustownie właśnie – żadnych adidasów do spodni (buty stricte sportowe!), koszul w poziome/pionowe paski czy krzykliwych kolorów, do pewnego wieku to nie pasuje i z jakichś przyczyn oni to wiedzą – ale to tak na uboczu. Chodzą dwójkami, to mężczyźni po 50-tce, to małżeństwa około 70-tki. Widać, mają tu korzenie i resentymenty.

Interesuje ich wszystko pamiętające „ich” czasy, które zdefiniujmy szeroko: być może rodzice obecnych zostawiali tu swe wyposażone domy, uciekając panicznie przed Rosjanami wyjątkowo mroźną i śnieżną zimą przełomu 1944 i 1945 r., kto wie?

Najpierw natknąłem się na cichych przybyszów z Niemiec na cmentarzu przy Ostródzkiej. Fotografowali zawzięcie pomnik gościa, który chyba został w Polsce po wojnie. Miał jakieś rdzennie niemieckie imię i nazwisko Hermann. Ktoś o nim pamięta nad Renem, dla kogoś to zdjęcie było robione. Potem, nie uwierzycie, inny duet zawzięcie „zdjęciował” gimnazjum na Kościuszki, przy czym najbardziej interesował ich szczyt budynku z czterech stron. Jakieś ślady kul, spojrzałem, są tam na wybitych tablicach. To chyba chcieli udokumentować, diabli wiedzą na czyj użytek. Niech dokumentują. Swoją drogą, jakim cudem gimnazjum ocalało w 1945 r.? Może Rosjanie musieli gdzieś spać i jeść – nie doceniamy wagi tego budynku!

Na duet nr 3 natknąłem się w spelunie na Kościuszki, tj. dawnym dworku a dziś zapadłej ruderze vis a vis Włodkowica. Tak aparaty im chodziły, że bałem się o krytyczne przegrzanie podzespołów! W tym punkcie miasto Iława ma się czego wstydzić, bo doprowadziło do stanu slumsu dawną na oko perłę architektury w Dt.Eylau. Tyle że nie nad każdą nieruchomością się od razu zapanuje. Polecam renowację jej na przyszłość, skoro echa zapadłości gdzieś tam docierają za granicę. Bądźcie czujni milordowie.

Wpadłem też na uwieczniających panoramę Jezioraka z mostu na Sienkiewicza oraz skwer Żeromskiego, a także kompleks IZNS-u. Taka inwazja ma miejsce tego września, toteż tak mnie rewanżystowsko wzięło na wyeksponowanie wam potrzeby wysupłania raz a konkretnie 300-400 złotych, by postawić do boju swoje aparaty przeciwko ich! Żeby za 100 lat nie było, że Niemiec ma 1000 zdjęć Iławy z początku XXI wieku, w Polsce zaś archiwa puste, bo wnuczki tylko miały sprzęt i organizowały „sesje” swoim koleżankom „modelkom”.

By dziś bowiem stać się modelem, wystarczy mieć parę oczu i choćby 120 kg wagi. Jesteś model i basta, planujmy kolejne „eventy”. Co do „eventów”, to takimi podzespołami wkracza cichaczem angielszczyzna do włoszczyzny, czyli do języka polskiego użytkowego. Bez jasności w głowie, że „event” to na całym świecie „wydarzenie” niedługo nie da się czytać polskiej prasy. Z 200 słów trzeba będzie przyswoić, by nie czuć się wykluczonym tekstowo. Weźmy sztandarowe „after party”, którego znaczenie tłumaczyłem niedawno „wykluczonej”, okazało się, wcale niegłupiej osobie. Czego tu nie wiedzieć na pozór? „After” to „po”, „party” to „party” – „impreza”, „bibka”, „raut”. Słowem „raut po”, a po czym? Obojętnie: rozdaniu Oscarów, końcu roku szkolnego, imprezie sportowej, akademii – czymkolwiek! Używa się tego na potęgę, bez tłumaczenia, bo jakże można czegoś tak dziecinnie prostego nie wiedzieć?

Oj, można, można – ale starajcie się nie być po tej stronie. Żaden wiek nie zwalnia was od nadrobienia dystansu do zwiewającego świata, a angielska baza używanych tu skrótów nie jest znowuż rozmiarów Słońca. Dokształcajcie się więc codziennie dla własnej mołojeckiej sławy i chwały. Intelekt trzeba ćwiczyć jak mięśnie, a te nieużywane zanikają – kto o tym nie wie, zapada się czasem kilkupiętrowo i o tym ciąg dalszy.

Był w Iławie kiedyś kiosk koło Nenufaru, taki elegancki, wielokątowy: wchodziłeś, marudziłeś, wszystko pod dachem, pełna oferta magazynów, precjozów, kart do gry – robił wrażenie. Pani zwłaszcza robiła wrażenie, bo jeszcze dokładnie się nie rozejrzałeś, a już uszom twym dochodziło tchnięte ciekawością pytanie: „A czego pan szuka, gazety, tygodnika, miesięcznika? A widokówki są tu...” Nijak nie szło się rozejrzeć za niczym, poprzeglądać w ciszy, zerknąć, bo pani gdakała jak karabin od pierwszej sekundy, jak tylko twe buty przeszły przez próg. No i kiedyś wszedł magazyn „She”. „She” po angielsku znaczy „ona” i wymawia się „szi”. Wpadłem po niego któregoś dnia i dostałem informację, że takiego nie uświadczysz. Na pytanie czy był, odpowiedziała, że na pewno nie, co było dziwne, bo reklamowali go od dwóch tygodni non stop, a tu taki wiodący kiosk. No ale skoro nie ma, to nie ma, powiedziałem „do widzenia” i wychodzę, błądząc okiem po tytułach. Aż tu oko zerka i co widzi? „She” miło sobie spoczywa wśród innych miesięczników ukryte gdzieś w trzecim rzędzie! Wracam radośnie i mówię: „Jest < She >, tam u góry!”. Pani powiodła wzrokiem we wskazanym kierunku, dostrzegła magazyn i żenującym, takim godnym politowania wzrokiem objaśniła mi: „To trzeba było mówić, że chodzi o < she >!” W jej oczach źle to wymówiłem i po prostu nie skojarzyła, a < szi > według jej najlepszej wiedzy rzeczywiście nie miała.

Śmiech śmiechem, wiem, że jeszcze w zeszłym tygodniu jakaś szkoła językowa tutaj zapisywała właśnie na angielski gratisowo osoby po 50. roku życia! Jeżeli to jeszcze aktualne, nie wahajcie się, żeby odczytanie, o co chodzi w zdaniu: „A suicide attack on a historic Christian church killed at least 78 people on Sunday” nie stanowiło problemu, bo nie ma tu czego nie rozumieć.

Teraz przejdźmy do spraw poważniejszych, bo życie prze naprzód i niedługo Iława dozna szoku. Według moich najlepszych informacji jaja się szykują i to krokodyle.

Najpierw pewnik, który wyczytałem w poważnym ogólnopolskim dzienniku jakiś czas temu. Na modernizowanej priorytetowo magistrali kolejowej Warszawa-Gdańsk, po skończeniu prac, nie pozostaną ani jedne szlachetne szlabany. Linia ta jak każda szybka kolej ma mieć trasę całkowicie wolną od barykad, podobnie jak nie można z dróżki polnej wjechać na autostrady, które są szczelnie odgrodzonym ciągiem wyłączonym ze świata zewnętrznego! Powstaje więc dziesiątki wiaduktów, bo impreza rusza pod koniec przyszłego roku. Pendolino w Iławie nie będą się zatrzymywać, ale nie martwcie się – porządnych ekspresów w kierunku Warszawy i Gdyni nie zabraknie, a czas przejazdu się kongenialnie skróci. No i pewno wiecie, do czego zmierzam. Wszędzie kończą się już praktycznie prace nad zamianą „szlabanową” na wiadukty, w Iławie zaś poczciwy przejazd ze spuszczanymi deskami jak za króla Ćwieczka, przy „białym” kościele trwa w najlepsze, co jest sytuacją zatrważającą.

Jak pociągi ruszą, zostanie bowiem na wieki zamknięty i zarówno ulica Grunwaldzka, jak i z drugiej strony Wyszyńskiego staną się ślepymi samochodowo. Z tej przyczyny znajoma zrezygnowała z wynajęcia parteru jednego z domków jednorodzinnych na Wyszyńskiego, bo w tej chwili to czołowy trakt, jedno z centrów miasta, a gdy ruch samochodowy zostanie zablokowany, będzie tam można dojechać jedynie okrążając cały gród, więc handlu tam dobrego prowadzić się nie da. Owszem, planuje się kładkę dla pieszych, słychać także o nieco droższym rozwiązaniu, podziemnym przejściu dla niezmotoryzowanych. Wtedy także rowerem by tam się przebił, motoryzacyjnie jednak punkt obumrze. I to z pewnością gorsza wiadomość niż te ekrany dźwiękoszczelne, które już się pojawiają na trasie. Można je było, jak w wielu miejscach Polski, zamontować przezroczyste, a tu gipsowe ściany – miasto więc nieodwołalnie zniknie z perspektywy podróżujących – wielka, wielka szkoda!

Teraz wracamy do kabaretu. Czcigodny Jarosław Synowiec napomknął mi jakiś czas temu, po ukazaniu się fotoreportażu o szpetnych budynkach nachalnie obecnych w Iławie, a wygrał, przypominam, poniemiecki nomen omen trup „kładący” widok na hotel Tiffi i Jeziorak w perspektywie – że w punkcie, w którym dumnie stoi zwycięzca, doszło do większej apokalipsy. Brzmiało nieprawdopodobnie, aż pojechałem, by się przekonać, bo Jarek mówił rzeczy niewyobrażalne, ale okazuje się najprawdziwsze, jak prawdziwą jest dzisiejsza data widziana jako 25 września 2013 r., a nie chociażby 5 lipca 1395. Nie było kontekstu, żeby o tym przez wakacje napisać, tym tekstem udało się nam wrócić do tematu.

Otóż patrząc od zjazdu na ową trupią budowlę ze strony Lipowego Dworu po prawej jej stronie, tuż za nowoczesnym prawoskrętem w kierunku bazy żeglarskiej przy „dzikiej” plaży czyjś wielki mózg zdecydował się postawić koło chodnika, z frontem na wychuchane i ukwiecone rondo... potężne pojemniki do sortowania śmieci! Chwytacie? Nie z tyłu, ukryte, niewidoczne dla ruchu ulicznego, a właśnie prawie na trotuarze, z pełną gamą zapachów i odpadowych widoków plastikowych, gumowych i ogólnych. Nadaje się to do internetu na demotywator, ale szkoda Iławy kalać przez jednego normalnego inaczej. Jest to z pewnością jedyny w Polsce przykład, gdy śmieci mają w zamyśle zdobić przestrzeń uliczną! Uczuliłem znajomych. Wszyscy jeździmy po kraju, przez dwa miesiące nikt nigdzie podobnego curiosum i horrendum nie zauważył. Podniosły się głosy, by tego budynku nie burzyć. Czekam na vox populi, by śmietnika też nie ruszać, bo budynkowi ładnie z nim, a jemu z budynkiem. Co może być prawdą estetyczną.

Nic tak się nie uzupełnia jak koszmar przy koszmarze. Można tam jeszcze przenieść bloki z Jagiełły oraz klimat ul. Jasielskiej i będziemy mieli Disneyland – hotel stoi obok, więc chętnych z Europy na ogląd nie powinno zabraknąć. A poważnie doświadczamy tam tak potężnego zeszpecenia krajobrazu, właśnie przez wypiękniały rodem jakby z Florydy Grand Tiffi, że każde kolejne przejechanie w pobliżu wzmacnia u mnie, ale nie tylko u mnie ochotę do sięgnięcia po środki niekonstytucyjne. Pożar kontrolowany wyprostowałby to w jeden dzień, przepraszam za szczerość! Żydzi tak ratowali swoje fabryki od bankructwa, ubezpieczali je i potem wybuchał pożar. Większe pieniądze uzyskiwali za huragan, ale od tego nie ubezpieczali, bo nie wiedzieli, jak się huragan robi – to taka mała anegdota na koniec.

Wcale nie pozbawiona realiów, do dziś żywa jest w przekazach miejskich prawda, że nieprzypadkowo płonęła tu pod koniec lat 80-tych dawna Cepelia na cyplu obok Cechu Rzemiosł Różnych, w latach 90-tych zaś magazyn, na miejscu którego stoi dziś amfiteatr. Cepelia była upadłą kawiarnią pewnego nowobogackiego prywaciarza, prawdopodobnie – spekulowano – ubezpieczoną na wypadek czynników zewnętrznych. Magazyn zaś miał status zabytku, więc nie szło go „zdjąć” z krajobrazu legalnie, ale ogień – siła wyższa i tak się ponoć obu nieruchomości wyzbyto nie najcięższym kosztem. Reichstag jedyny raz w swej historii też płonął dziwnym trafem już w 29 dni po objęciu władzy przez Hitlera i bardzo wygodnie posłużył mu do przekształcenia demokratycznej Republiki Weimarskiej w państwo totalitarne, bezwzględnie tępiące przeciwników. Taki „przypadek losu...”

W sumie od Niemców zaczęliśmy, przez Anglików, z Japończykami przeszliśmy i na Niemcach kończymy, a tekst, jak spojrzycie, ciurkiem o Polakach znad Jezioraka. Taki projekt nam się udał, żeby z początkiem jesieni nie było nudno. Grunt, żeby na żołądku nie było nudno. Zaczęły się grzyby i pamiętajcie, że nie są one warte fałszywego ruchu. Widziałem w lesie sromotniki, a nie ma roku, by nie zabijały – stąd Achtung!

LESZEK OLSZEWSKI

  2013-09-25  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
129976096


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | szukaj
FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2020 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.