Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie, felietony
kogel-mogel
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie, felietony
Olszewski: Gorzkie żale odjeżdżajcie!
Rochowicz: Sport i wartości w życiu Karola Wojtyły
Gonzalez: Dawid Bobasek
Olszewski: Tysiąc kilometrów via Pendolino w dobę!
Gonzalez: Radni za handlem, ale przeciwko. Koniec Manhattanu
Gonzalez: Pamiętacie taką dyskotekę „Gallus” w Iławie?
Rochowicz: Stadion miejski w Iławie czeka
Monika Binek: Strajk, a co z jakością nauczania?
Gonzalez: Z morza ruin powstało miasto Iława
Gonzalez: Nauczycielski strajk to... ucieczka od wychowania
Gonzalez: Lalka, która nie wróci nigdy
Rochowicz: Ronda z imionami czy bez?
Olszewski: Weźcie schowajcie te telefony!
Bartosz Gonzalez: Setka burmistrza Kopaczewskiego
Olszewski: Człowiek na właściwym miejscu, Ewa Wiśniewska
Gonzalez: Jakiego muzeum chcemy?
Olszewski: Brawo wy! Rzecz o polszczyźnie kaleczonej
Gonzalez: Iława to telewizyjna pustynia
Olszewski: Bezlitosne zapasy, my kontra handel i usługi
Olszewski: Lodowisko i polecam, i odradzam…
Więcej...

opinie, felietony

2019-01-02

Olszewski: Lodowisko i polecam, i odradzam…


No, moi drodzy, miesiąc i trzy tygodnie, i jesteśmy w marcu. Korzystajmy więc z uroków łagodnej zimy, bo już dnia na dziś przybyło 21 minut po południu i trzy minuty rano – smuta się skończyła! Percepcja jakoś tak działa, że jak dzień w listopadzie strasznie się skraca i osiąga dno grudniowe, to niektórzy meteoropaci poddenerwowani. Teraz zaś, gdy jasności przybywa, jeszcze w miarę umownie – radość na buziach: zaraz koniec bieli i czerni! Lubimy jednak zapachy wiosny i lata, o widokach nie zapominając. Choć to nie jest dobre, powinno się moim zdaniem lubić każdą porę roku, by np. nie męczyć się październikiem, bo za specjalnie nie ma czym…



Gdybym miał więcej odwagi, to poszedłbym na lodowisko, ale coś mnie ostrzega, że mogę sobie zrobić krzywdę. Łyżwiarzem za gówniarskich lat nie byłem nawet średnim. Koledzy na hokejówkach ósemki kręcili, a ja ledwo się odbijałem na zębach figurówek – jakieś uzdolnienia mi usunięto i trzeba z tym żyć, pokornie. Za to narciarz-zjazdowiec: voila – pierwsza klasa, tylko nie miałem się tu gdzie popisywać – zero stoków. Może już jako wczesny nastolatek elegancko zjeżdżałem z Gubałówki, sunąłem w dół z Kasprowego Wierchu, na zboczu Nosala byłem kimś. Ale w Iławie to jak chwalenie się wyspą na Tahiti – nikt mnie nie widział, nikt nie wierzył – trudno! W Iławie zostawały sanki spod kina i sąsiedniej fosy, z czego to drugie było rosyjską ruletką, bo można się było nieźle uszkodzić i tam chodzili z grubsza nastolatkowie psychicznie chorzy i kamikaze.

Górka dość pokaźna za wieżą ciśnień na Podleśnym leżała za daleko, zresztą była obłożona „tamtejszymi”. Kwiat ze Starego Miasta, Dąbrowskiego i Kościuszki stacjonował pod kinem, tam puszczali rodzice. W weekendy i okresie ferii zimowych tłok był tam niebywały, bywały za to fajne dziewczyny z sankami, więc można było zaistnieć. I tu zażądałem któregoś roku od św. Mikołaja sanek-bolidu, widzianego czasem przeze mnie w Zakopanem u dzieci dewizowców lub cudzoziemców. To był hit europejski, sanki z kierownicą jak rower, miękkim czarnym siedzeniem, dwie płozy boczne i przednia – sterowa. Każdy, kto je raz zobaczył, tracił głowę i skąd je ojciec (Mikołaj) w końcu wykombinował – nie wiem i się nie dowiem. Dość, że wykombinował, wmeldowała się gwiazdka, choinka – sanki obok niej stanęły. A zimy bywały ludzkie – do marca i po pas w śnieg.

Nie mogłem się doczekać końca świąt, dni powszednich przed Nowym Rokiem. Będę królem pod kinem, wszystkie oczy na mnie, w tym te najsłodsze – koleżanek cmokających nad sprzętem i patrzących jak z gracją jadę, niczym jakiś maharadża z Sudanu! Dni te nadeszły, no ta ja po śniadaniu – bęc robić wrażenie. Z początkowym nie przesadziłem – oniemiano, tragedia nadeszła za chwilę. Siadłem, odpycham się jedną nogą, drugą, byle z płaskiego na szlak w dół i ten szlak się zaczął. Inni prują (zwłaszcza na sankach metalowych), ja ledwo dwa metry na 10 sekund! Co jest, czemu tak stoją? To było tłumne pytanie. Ktoś rzucił, że nienasmarowane najpewniej, to z czego mają brać pęd. Wnerwiony idę do babki, ta ma świece – smarujemy. I dalej nic, niewiele pomaga. Po trzeciej-czwartej próbie nie chcę ich widzieć na oczy – sanki do piwnicy, a z piwnicy poprzednie – Ferrari tempa pod kinem!

Potem ustaliliśmy, że były dwie przyczyny – płaski stok (w górach sunęły jak lalki) i niewielka masa dziecka, ale przede wszystkim płaski stok. Do Zakopanego ich nie zamierzałem pakować, tu miały kłaść na kolana i składać ręce do modlitw. Misja amen, poległem modelowo. Minęła chwila i w ogóle sanki postanowiłem rzucić – trauma wzięła górę. A że łyżwy odpadły w przedbiegach, wszcząłem modę styczniowo-lutową wśród znajomych na peregrynacje po lesie. 2-4 godziny, dla frajdy i mrozu – ile ludzi w sumie w to weszło, to drugie kino! Odkryliśmy aktywność. Do dziś las dla mnie to gigantyczny taras spacerowy, a każda ścieżka w bok – taras do odkrycia, horyzont plus. Konsekwencja ma jest godna pozazdroszczenia: primo – znasz słabości, secundo – łapiesz swoją drogę, indywidualną i tego się co grudzień-luty trzymasz. Dla dobrostanu w głowie i kościach.

O tej prawdzie zapomniała w zeszłym roku jedna z moich koleżanek, która udała się z córką na lodowisko, po niewkładaniu łyżew dłuższy szmat czasu, umowne 20 lat. Mowa o lodowisku iławskim. No i kupiły bilety, 45 minut esów-floresów do wykręcenia. Przy jednym z pierwszych koleżanka straciła równowagę i nie najciekawiej wykłada się na taflę – wbija w nią z potężnym impetem zgięte kolano. Ból niemiłosierny, koniec, powrót do domu! Tam siada w fotel, zimny okład, z fotela już nie wstała – karetka. W szpitalu diagnoza – strzaskana rzepka, rozbita na tysiąc kamyczków. Gips, rehabilitacja – długie miesiące. Na dziś daje radę, ale co wyszła przed szereg, to jej. Dlatego mnie iławskie lodowisko nie ujrzy, inne też – nawet w podsuszonej roli widza. Na basenie mogę przebywać w roli widza, w teatrze – lodowe demony zaś mi żyją i na to nie pozwolą, o dzięki im – odsercowe!

Równo rok temu 1 stycznia doznałem na biegu upadku kolanem na asfalt – cud, że nic z rzepką, ale klęknąć na nie nie mogłem do października. Teraz jakoś wszystko wróciło. Wpadłem wówczas w z góry zastawione wnyki, ktoś przy znaku drogowym na rondzie zaczepił… drut z pętlą, stopa w to weszła i podcięła mnie niczym kosa zboże. Chwała idiotom i osłom, nie ma to jak zaplanować czyjąś krzywdę. I nie biadolę tu nad sobą, tylko zjawiskiem. Ale muszę też odnotować, że co widzę w lasach – ślady po nartach biegowych! Liczne, wręcz im dziksza ścieżyna, tym wiodą! To jest świetna dyscyplina, wysiłkowa, a takie lubię. Rozwija koordynację, oliwi nas od stóp do głów, daje szczupłość, tylko ile tu tego ujeździsz? Śladowo, topniejąco i to mnie wstrzymuje przed zakupem sprzętu. Lecz fanom gratuluję – przemożna chęć zziajania się na własny, nie publiczny użytek, filmowa samotność długodystansowca!

Może ktoś się zapali do nart biegowych, czytając te ożywcze linije? Polecam je bardziej niż tra-ta-ta-ta z góry w dół na zjazdówkach z wyciągami – to kroczki gdy nietknięte na głowie loczki. Wyczyn zaczyna się, kiedy nogi suną jedna za drugą, tu łapiemy pana Boga i zdrowie – nomen omen – za nogi, wtedy wykuwa się stal! Zamykamy tematykę związaną z porą roku i jej stroną aktywną czy też pasywną. Jedna refleksja na koniec – siedzenie w domu zabija, tlen to Superman, łaknijcie tego superbohatera, codziennie, a lekarze was ominą. Nie miłe? Niezmiernie miłe! Oddychajcie głęboko – mózg to uwielbia… Mózg uwielbia również prostotę, jednolitość, nie wydziwianie. Ilekroć słyszę „iławski kinoteatr”, to jakby ktoś haratał mi uszy. Przecież to nazewnictwo z innej, do zapomnienia epoki! „Kinoteatr” to wynalazek nieodrodnie radziecki, toporny, bo w normalności kino to kino, a teatr to teatr.

Nic się też nie stanie, jeśli w kinie jest scena i można coś wystawić albo zorganizować koncert, po co czynić z nazwy potworka werbalnego? Beatlesi występowali w kinach niezliczonych angielskich miast i było napisane „City Cinema” Brighton czy np. „London Cinema Palladium” nie zaś „City Cinematheater”. Do tego wszystkiego jednowyrazowo, bo pierwszy rzeczownik kończy się na samogłoskę, więc nietrudno zaraz podłączyć drugi. Można pójść dalej, a konsekwentnie. Basen przechrzcić na „basenosaunę”, a hotel z basenem na „hotelopływalnię” – Tiffi by się odnalazł jak nic! Stalin dał przykład, rzucił myśl, więc tylko wdrażać „kuchniopokoje” czy „szatniopoczekalnie”, do dzieła myślicielonowatorzy! Hala sportowo-widowiskowa to drugi odcinek kryminału. Nie prościej „hala miejska” – tak nazwać największą, wiodącą halę w mieście?

Po co przydawać czcze, podwójne wektory? Tym bardziej, że te wymienione, to zaledwie część działalności statutowej owej placówki. Targi ślubne tam zastaniemy, wystawy modeli kolejowych, miniaturek, spotkania – a to wszak ni huczne widowiska, ni sport. Stalin może z Hitlerem kaput, ale jego dzieło nad Jeziorakiem niezmywalne, co podkreślam jako obserwatorokrytyk i prześmiewcowytykacz. Może jakiś trzeźwodecydent kiedyś się nad tym pochyli i zwróci nazewnictwo do pionu, czoło na górze, pięty na dole. Jestem pierwszym jego adoratorokibicem, ciepłooklaskiwaczem – ma moje absolutne poparcie. Logika i polszczyzna dawno wypluły klubokawiarnie, etc. Owszem, dla hecy jakiś lokal się tak nazwie, ale to prawo marketingu, tu zaś relikt jak cholera. Jest co prawda kinoteatrów kilka w Polsce, m.in. w Śremie, we Wronkach. Również w Krakowie na Starówce, ale tam to chwyt przemyślany, z lokalem obok w klimacie minionej epoki, nie zaś sytuacja ze Śremu, Wronek czy niestety tutejszej Iławy.

Jak nie kino „Lenino”, to kinoteatr „Pasja”! A może zaledwie bezpretensjonalne kino „Pasja”? Jak błogo, lekko i powiewnie. Oby któregoś słodkiego dnia! Winszowałbym grodowi udanego odlotu od śremowronek. Przy okazji napiszę, że niektóre neologizmy są w porządku, choćby – duży ekran z nami zostaje! – multikino. Informuje on zrozumiale, iż to nowoczesny kompleks, wiele sal projekcyjnych. Multimilioner, multiinstrumentalista – nic tu do zarzucenia, sama czytelność. Ucho nie więdnie, a konotuje – taka różnica. Pomijam już fakt parterowy – teatr to aktorzy, reżyserzy, dyrektor, choreograf, premiery, pensje – stała działalność. W Iławie nie ma teatru, a budynek tak nazwać – odwaga cywilna. Istna opera suska, bo zaśpiewano gdzieś arie, prowincja ma swoje prawa i ambicje! Dość nabijania się z prowincji, pora na alegorię o miłości do bliźniego nieodwzajemnionej.

Mam kilku ostrych kumpli pośród bezdomnych, Grzesiu, Emilka, Marian – zacni, głębocy ludzie, uwierzcie. Pogadam, wspomogę, wymienię się uwagami. Czasem poproszę o pomoc, wyniosą coś, pozbierają, 20 złotych mają za dar losu, 50-ciu nie widują. Ale czarna owca zawsze kala gniazdo, choć owca to nie ptak, ale nie bądźmy pozbawieni wyobraźni przestrzennej. Andrzej taki jest, niereformowalny zupełnie. To pradawny mieszkaniec mojego bloku, tyle że raz w kryminale, raz na ławce śpi, tudzież chadza wokół z zimna. Związał się z nieruchomością, a ona go w spisie lokatorów nie ma od stu lat. Waletował przy matce, ale tego już wydreptywane schody nie pamiętają. Niemniej krąży czasem w podwórzu, dzwoni mi domofonem: „Mogę posiedzieć na klatce”? Wciskam odpowiedni przycisk – siedź na klatce, grzej się, proszę bardzo, poczuj zbawienną różnicę temperatur!

Tyle że Andrzej ma problem z uszanowaniem mej habilitującej, przyjaznej mu decyzji, bo ogólnie jest zmorą następnych, spokojnych ludzi. Wręcz okrywa mnie wstydem swoim jaskiniostwem, odsłuchuję, skarg udając, że mnie zaskakują. „Kto mu otworzył drzwi, może były otwarte?”. Mijam szanowane jednostki półsłówkami, a w sercu czuję strzałę – co zmalowałeś? Andrzej maluje wielobarwnie – to popala, głośno nuci, to siknie, to załatwi grubszą potrzebę przed piątą pod najbliższym oknem parterowym. Lgnie do nas, jak może – w całkowitym niezrozumieniu zwrotnym. Plagą go ogół nazywa, zasypując się propozycjami skutecznej raz na zawsze deportacji. A Andrzej wraca, jak chmura na niebie, przybędzie, oczekujmy. Alkohol chyba wypalił mu resztkę zdrowego rozsądku, resztę bezdomnych rzadko widuję na rauszu, jeśli w ogóle.

Andrzej to zaś permanentne piwo w ręku, piwo na szybkiego pod drzewem, szklane oczy, ale mimo wszystko szkoda mi go. Z ludzkich przyczyn, bo jakoś na wrażliwego gościa wygląda, no życie mu po prostu nie dopisało w tym wcieleniu. Życzę mu, by w następnym dostał godną rekompensatę. A co do zażyłości (oczywiście na odległość) z umownymi menelami, jak i również przedstawicielami szerokiego marginesu społecznego, to odnotowałem też ciekawą przygodę, która początkowo bardzo mnie zaskoczyła. Była zagadką, wkrótce nieoczekiwanie rozsupłaną. Miałem garaż na Kościuszki, to te kilka rzędów vis a vis alejki przy Iławce, wjazd jak do byłej szkoły specjalnej. Któregoś ranka, jeszcze ojciec żył – dostajemy telefon z policji – proszę szybko iść do garażu, były włamania, szacować straty.

Był już po zawale, zawiadomił mnie, więc poleciałem. Stoją radiowozy, migają, podchodzę pod garaż – wyłamana kłódka, weszli! Sąsiadowi spadł kamień z serca – nie weszli i tak w sumie w kratkę – jeden się cieszy, drugi martwi. Słyszę „O Jezu”, szybę mu zniszczyli, innemu wgnietli drzwi i opędzlowali opony zimowe – co za wandale, pominąwszy złodziejstwo! U mnie zdziwienie pierwsze – aparat zostawiłem nieostrożnie na noc, wart może z 1000 zł i leży – nie wzięli. Musi kółko fotograficzne nie napadło – wniosek („musi” to po białostocku „chyba”). W bagażniku też wszystko jest, na półkach także, auto nietknięte, pół rysy. Aż się policjant zdziwił – 14 otworzonych garaży – 13 zniszczeń, a u pana nawet aparat ocalał. Prawie się poczułem ze współudziałem w tej imprezie, ale żarty żartami, a i tak niczego nie pojmuję.

Policjanci gratulują farta, podpisuję protokół, jadę kupić nową kłódkę – dzień wraca do normy. Za jakiś czas ówczesny dzielnicowy mówi mi, że złapano wszystkich co do sztuki! Trzech ich było i jeden opylacz łupów potem w internecie i po znajomych. Ostatniego nie znałem, sprawców zaś doskonale – to moi menele, wspomagani nie raz, wyrozmawiani, kłaniający się na ulicy, nie wątpię, że bardzo lubiący mnie. A najważniejsze – bezbłędnie kojarzący mój samochód, tyle razy podchodzili po prośbie! Zapewne po wyważeniu drzwi zostali zaskoczeni widokiem i nie śmieli niczego tknąć, wszak Leszek to ich dobrodziej, wielokrotny! Mam starą a skuteczną zasadę, jak mi ktoś z premedytacją i śmiejącym się wzrokiem nie nadepnie na odcisk, jest po jasnej stronie postrzegania. A jak mu się układa, do czego doszedł bądź nie – jest bez znaczenia.

Dlatego iks razy słyszałem od meneli: „Jakby ci ktoś podskoczył – daj cynk, wyrównamy z nim rachunki!”. Swoista odpłata za dobro, oczywiście nigdy z niej nie skorzystam, ale widzę dzięki temu, że wdzięczności mają dla mnie pokłady – wielkie dzięki! Taksówkarze mnie lubią, obce ekspedientki, panie w okienkach – uprzejmość i kultura to chyba mój znak firmowy. Bez przechwalania się, ale daje to idealne na co dzień efekty. Wystarczy usta pchnąć optymizmem i już – zauważą…

LESZEK OLSZEWSKI





  2019-01-02  

Na skutek postanowienia sądu
komentowanie zostało wyłączone (tymczasowo).
Zapraszamy na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
124253976


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie, felietony | kogel-mogel | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2019 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.