Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
kogel-mogel
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Olszewski: Odgrzebana notatka, a jaka paleta ludzi!
Gonzalez: Wybory 2019. Iława może zostać na lodzie
Gonzalez: Czy inni nie zasłużył w Iławie na pomnik?
Gonzalez: Wszystkie grzechy Krzysztofa Sadowskiego
Olszewski: Miasto w sosie własnym do przeglądu
Kurpiecki: SoundLake, czyli festiwal muzyki dawnej
Gontarz: Panoramiczne spojrzenie sąsiedzkie z boku na Iławę
Chaburski: Piękno na uboczu, czyli Zwiniarz
Kurpiecki: O tym, co finansujesz, jeżdżąc widlakiem
Reich: Jak już się tam urządzi w niebie, to może odpocznie
Olszewski: Wilczy Szaniec doinwestowany, aż ciarki suną
Olszewski: Lubawa ma silne karty w ręku
Olszewski: Bookcrossing, co to? Stymulator głowy!
Kurpiecki: Uwaga – natura!
Olszewski: Kontrola, rzecz święta, wyjmuj dokumenta!
Kurpiecki: Niepoprawne myśli z kraju kiszonego śledzia
Olszewski: Gwiazda Karen Edwards zachwycona regionem Iławy
Olszewski: Słynny pan Macyra i inni w branży
Rochowicz: Zwyczaje swawolne
Olszewski: Gorzkie żale odjeżdżajcie!
Więcej...

opinie

2019-07-10

Olszewski: Kontrola, rzecz święta, wyjmuj dokumenta!


W telefonie w etui mam zawsze bilet komunikacji miejskiej, bo wypadków może być wiele. Koleżanka na ten widok się mi niedawno dziwi: „No nie mów, że ty jeździsz autobusami”? Niby racja – ma się samochód, to jakoś klocki nie pasują. A jednak – peryferyjnie gdzieś wychyniesz, nadjeżdża żółta czerwień, więc wskok i podwózka do epicentrum. Albo i z epicentrum na peryferie…

Zeszłej jesieni kupiłem przepiękne buty z cholewkami: angielskie, skórzane, jasnobrązowe, drogie – nic tylko szpanować! Co jest mi generalnie obce, ale że lubię się sam sobie podobać, stąd nabyłem je z rozkoszą. I jak się schłodziło (październik), pora naszła je ubrać, zapoznać z trotuarami. Na to wybrałem trasę od Podleśnego po szpital, byle dalej i się przejść z ul. Wincentego Kościuszki (przepraszam za kawał z imieniem). Na liczniku miałem 4,3 km, gdy prawa stopa zaczęła się ocierać, każdy krok krwawił. Powrót do domu wydawał się Himalajami, co pięć sekund dostawałem sygnał – śmierć. Śmierć chodu – nie pójdziesz z nami dalej! Przypomniały mi się zaraz firmowe adidasy, które tak mnie ongiś skasowały przy dzisiejszym basenie, że zdjąłem jeden w diabli i szedłem jak kuśtyk odważnie w pielesze, gwiżdżąc na reakcję tłumu.

W obu przypadkach w ruch poszły grube pieniądze i taka to odpłata – dno den! Jednakowoż kryzys bieżący napotkał mnie przy przystanku „Kostnica 1”, ta bocznica przyszpitalna. Chociaż sprawiedliwiej przyszłoby oddać mu umiejscowienie jako Szkoła Podstawowa nr 2, tylko że skoro masz na widoku kostnicę, to nie myślisz o szkole. To jak mariaż nagiej dziewczyny i litra octu. Pod wiatą w kierunku miasta siedziały babki – coś podjedzie! Szczęśliwie „cosiem” okazała się trójka – chwaliłem sobie zrządzenie losu, bo przystanek mam na Włodkowicu, praktycznie pod balkonem domu. No więc bilet dopomógł, zaraz na poczcie kupiłem dwa następne, które też wykorzystuję w sposób przemyślany. Spisałem z rozkładu, bo to nieoczywiste, jakie kursy kończą bieg na Długiej i tam się periodycznie podwożę. Na jogging.

Dotrę stamtąd aż do Dziarn, głębokim lasem i powrót piękną rowerówką w granice grodu, z uskokami do wodociągów, parafii Alberta. Nowe dachy, świeże doznania, brak sztampy – czyli startu z rodzimej mi klatki schodowej! Nuży to, a auta czasem nie chce mi się po prostu odpalać. Tym bardziej, że widoki i doznania zza okien autobusu są przeciekawe, 15 minut wycieczki słowem. Poza autobusami do takich eskapad wykorzystuję znajomych – jedziesz do Ostródy, to wysadź mnie w Rudzienicach, przebiegnę się pobocznymi łącznikami, bo naturalnie nie krajową 16-tką! W interiorze jednak bliższym komunikacja miejska jest bombowa, daje energię i wiatr odnowy! Choć i puknę się w pierś – w minionym tygodniu mknąłem nią po raz pierwszy w 2019 roku. Bilet aż mi lekko wypłowiał, bo osiem miesięcy waletował po schowkach.

Kurs 20:37, tylko na dworzec – ale lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu! Rysowałem już trasę: cegielnia, las, tyły działek, stacja Iława Miasto i Narutowiczem (ulicą, nie Gabrielem in corporis) na Wincentego Kościuszki. Dobiłem na przystanek vis a vis „skarbówki”, stoi dwóch panów i zagadują: „To ty jeździsz autobusami miejskimi”? „Nie – chciało się odpowiedzieć – podziwiam tylko parking po drugiej stronie i zaraz mnie nie ma”. Ale że ludzie mają różny poziom przyswajania abstrakcji, zrezygnowałem z absurdalnej gadki. Potwierdziłem i przeszliśmy na inne tematy. Gdy „lokomotywa” MPK podjechała, wsiedliśmy, bilety w kasowniki, ten mój taki zmiętolony, sterany życiem, ale zawsze. Przebił jakieś kody na fioletowo, odebrał sygnał elektroniczny, daje legalizację. Przy więzieniu wsiada niepozornie dwóch panów, kierowca rygluje drzwi – kontrola biletów!

Czemu nie, pokazuję mój – oczywiście przechodzi, wszyscy inni wokół też zrelaksowani. Dżentelmeni sprawdzający bardzo uprzejmi – optymalny standard i atmosfera. Aż widzę zaczerwienienie jednej z dwu dziewczyn naprzeciwko. Siedzi, kręci się – panika! Gdy wybiła jej kolej, okazuje się, jedzie świadomie na gapę. Na tyłach to samo dotyka dwóch chłopaków – 16-17 lat, dziewczyna ma na oko 14. No to kontroler prosi o dane, będzie mandat na pamiątkę. Ta w czuły punkt, że pierwszy raz, że już nigdy, że prosi o darowanie. Nie ma mowy – i słusznie, delikatnie zostaje jej to zaawizowane. Dziewczyna dalej, że mama ją zabije (! – co za mama), że biedne są (nie wyglądała), że pan na pewno ją zrozumie, bo taki fajny, obrączka na palcu, pewnie też ma dzieci. Z uśmiechem odparł, że nie ma i prosi o dane i niemartwienie się przesadne, każdemu może się zdarzyć, to nie morderstwo!

Chłopaki z tyłu karnie przyjęli karę, bez emocji – zapłacą i git. Dżentelmen nr 2 miał lekką robotę – zrobił wypis i usiadł obok kierowcy grzecznie. A tu trwał ten lament, bezskuteczny zapewne, bo wysiadłem wcześniej, autobusy przez remont mają trzy przystanki w jednym miejscu praktycznie. Postanowiłem dzięki tej historii przestrzec wszystkich ryzykujących, liczących, że się tyle razu udało – nie bierzcie udziału w loterii! Po pierwsze – wykwitnie bardzo szkodliwy nawyk, secundo zaś – gabarytami Iława jest taka, że wszędzie dotrzesz bezproblemowo nogą. A tu jeszcze sytuacja miała miejsce w letnie słońce, chociaż dzień tu nie ma znaczenia. Nie masz biletu – nie stercz na przystanku. Chyba że podziwiasz parking z naprzeciwka, wtedy stercz! Przede wszystkim nastolatkowie (ci wpadli): koniec partyzantki: albo stać was na 1,40 zł, albo nie.

Jak nie – per pedes apostolorum do miejsca przeznaczenia, bo jęki przyłapanych wyglądają żałośnie, a kara jest wpisana – i to bardzo mocno w wasz totolotek. Rodziców uczulam, by udzielili tej przestrogi, kombinowanie to polska cecha, ściąganie, uniki – może uda się ją wytrzebić. A gdzie jak nie w najniższym świadomym pokoleniu – próbujcie, jak i ja spróbuję! Chociaż sam miałem dwukrotnie przygodę, gdzie to haczyłem jawnie po bandzie, aczkolwiek całkowicie niezasłużenie.

Za każdym razem działo się to w Warszawie, kojarzycie to miasto na południe stąd? „Pierwszą razą” – jak to mówi pewien gminny oficjel, nocowałem u kolegi na Pradze Północ i ok. 9:00 rano jechałem w miasto coś pozałatwiać, tramwajem. Bilet nabyłem w kiosku, od razu całodobowy, by przemieszczać się nieskrępowanie i do woli. Wówczas kasowniki a priori datowały je. Słowem pierwsze, co dziś byśmy odczytali, to 20190710, a kwota na papierku świadczyła, czy jesteś pasażerem na raz, sieciowym czy na 24h. Potem następował jakiś kolaż cyfr i liter – mniejsza o nie. Dokonałem wsadu, odbiło, siadam więc i jadę Mostem Gdańskim przez Wisłę na drugi brzeg, w tzw. „Warszawę A”. Nagle wparowują kontrolerzy – zapraszam serdecznie w progi! Przychodzi na mnie, wyciągam „pergamin”, a gość do mnie, że jest data wczorajsza i daj mi 200 zł albo na policję. Jak wczorajsza – 10 minut temu działałem! Akurat. Gdzie? W tym wagonie – ja na to. Patrzy na mnie z uśmieszkiem – naprawdę? Pewnie, że tak! Podchodzi z miną triumfującego dyktatora do kasownika, bierze wydruk i co widzi? Wczorajszą datę! Jak on mnie przepraszał, potem opieprzał tramwajarza – optymalnie się w obu przypadkach wywiązał.

I teraz, gdyby nie ta kontrola, to za nic bym nie udowodnił w dalszym biegu dnia innemu dyktatorowi, że jestem uczciwy, a tramwajarz był śnięty – nie masz środków zaradczych. A tak dostałem glejt na ów bilet, że ważny 10 lipca i mają się ode mnie sceptycy z identyfikatorami odstosunkować, bo wina jest poza mną i to się zaświadcza – amen!

„Drugą i ostatnią razą”, kiedy coś mi groziło, była krotochwila z biletem miesięcznym w tle. Jak mieszkasz w „stolycy”, nieodmiennie z nich korzystasz, bo opłacalne, kompletne – od metra, po autobusy nocne. I – co nieoczekiwanie groźne – na 30 dni wyłączasz się z myślenia o kasowaniu czegoś. Wsiadasz i jedziesz, gdzie chcesz. Można od razu budować rozmowy pasażerskie, czytać prasę – luźno i błogo! Kontrola jak coś popatrzy i odejdzie. Żeby wyrobić kartę rezydenta, trzeba raz zrobić zdjęcie, opisać to danymi z dowodu, a potem, w sierpniu – dzisiejszą perspektywą wystarczy zakup biletu i odbicie go w pierwszym transporcie.

Prolongata złapana, kolejne podbicie – wrzesień. I zdarzyło się w Arkadii, wielkim centrum handlowym, że musiałem kupić ten bilet, co stało się faktem w minutę. Włożyłem go w specjalny foliał, z Arkadii planowałem wojaż do Ursusa, pasował bezpośredni autobus, ale to za trzy godziny, po obiedzie i zakupach. I wiecie, że wsiadłem, najzupełniej zapominając o tej powinności! I teraz pech i szczęście w galopie. Autobus stamtąd zaczynał pętlę, zległem w nim 7 minut przed wyjazdem, czytam z wolna „Przekrój”. Populacja rośnie, zapełniają się wszystkie siedliska, stojący gęstnieją. Nagle miłe odpalenie silnika, a tu zaraz zaryglowanie drzwi i kontrola! O Boże, bilet miałem skasować – nowy miesiąc! Sięgam do kieszeni, wyciągam foliał i lecę go wbić na środek składu. Z przodu już kipisz, z tyłu też, będę ofiarą – jestem pewny, nie wytłumaczę się!

Cudem kasownik przyjmuje mi transakcję – przecież kierowca je wyłącza na czas kipiszu, zamyślił się? Jego arkana życiowe, nie moje – oto rzecz dokonana, wracam czytać, siedząc – zdyszany! Za moment zaś modelowo wychodzę z zagrożenia, acz pomstuję wewnętrznie nad nieprzytomnością głowy. Trochę myśl na przyszłość, rozkręć ogólną bystrość. „Następną razą” tego błędu nie popełniłem już nigdy, byłem z wyprzedzeniem czujny, szybki – nauka nie udała się do Puszczy Białowieskiej na urlop. Jakoś tak się utarło, że bilet kolejowy jest nam niezbędny, samolotowy też, a takie nijakie – grodzkie? Co to są dwa-trzy przystanki, sekunda i po stresie! Oj, parzą się na tym uczniacy, wolą równowartość batona zachować w kieszeni – nie za mądre to – lalki i kawalerowie!

Ja najbardziej brzemienną z kontroli przeżyłem w pełni opancerzony (z ważnym biletem i takąż legitymacją) w ekspresie do Krakowa swego czasu. Mam tę przypadłość genetyczną, że strasznie zmienia mi się twarz, jak Lennonowi kiedyś. Teraz już może mniej, ale dawniej były z tym cyrki – rok, trzy i inna buzia. Zresztą wystarczyło zgolić 20 kilogramów włosów, które nosiłem, by stać się odmiennym człowiekiem. Ale i bez golenia notowałem takie wolty, że dzisiejsi przyjaciele nie wierzą np., że ongiś ja to ja, tzn. ten gość z fotografii, dorosły już absolutnie, wyrośnięty. I jadę do tego Krakowa pierwszą klasą, na którą miałem 66% zniżki. A na drugą… 33% – uroki zniżek dla kolejarzy, a ojciec był lekarzem kolejowym, więc rodzinie przysługiwało. Rozmawiam w najlepsze z Jerzym Maksymiukiem, tym świetnym dyrygentem, bośmy się spiknęli na korytarzu i potem razem usiedli. Pusto w tej pierwszej klasie – konduktorom bez różnicy, kto gdzie przycupnął, byle nie jechał na gapę. A raczej gapowicz nie afiszuje się po najlepszych wagonach!

Maksymiuk chce do Warsu na piwo, jedzie z Wybrzeża, wczoraj zaimprezował i musi się oczyścić, ale dostrzegamy parę konduktorską – pana i panią. Poczekamy, a potem do baru. Otwierają nasze drzwi, daję pełnię wymaganych świadectw, Jerzy też. Jemu za chwilę dziękują, a we mnie się wpatrują, widzę w kontekście legitymacyjnego zdjęcia. Pan i pani to na mnie, to na legitymację i tak z sześć do ośmiu razy. W końcu oboje są pewni, że ja to nie ja. Proszą o dowód osobisty, którego oczywiście nie zabrałem, a od czasu tamtych wypadków zacząłem stale nosić. Maksymiuk w końcu pyta, w czym rzecz, to mu mówię, że pewnie facjata się nie zgadza, do czego ma prawo, niemniej to ta sama facjata. A dowodu po prostu nie mam, regulamin PKP w stosunku do pasażera tego nie wymaga.

Para każe mi dać słowo honoru, że nie oszukuję, bo mają prawo mnie wysadzić na najbliższym dworcu, jeżeli zachodzi podejrzenie oszustwa i odmawiam wykupienia osobnego biletu. A odmawiam twardo – proszę wysadzać! Tyle – lekko grożę, że jeżeli racja będzie po mojej stronie, to podaję ich i firmę z miejsca do sądu, gdyż spieszę na ważne spotkanie i bezdyskusyjnie zawalę je, gdy mnie poruszą z tego słodkiego składu. Chyba dobra polszczyzna i pewność w oku oraz stronnik, jakiego miałem w osobie Maksymiuka, ostatecznie ich przekonały, bo do kryzysu i wyładunku mnie w Nasielsku nie doszło. Choć na odchodnym rzucili, że to niemożliwe tak się od siebie różnić, a fotka była sprzed dwóch lat, nie ośmiu. W Warsie Maksymiuk poprosił o „materiał dowodowy”, wzerknął nań i wyrzekł był: „Szyja ta sama, nie zauważyli, masz bardzo charakterystyczną, szczupłą szyję, buzia inna – wyładniałeś”!

I było po „aferze na torach”, która kosztowała mnie sporo nerwów, bo nie miałem kontrinstrumentu, by rzecz w mig wyjaśnić. Potem dopiero zreflektowałem się, że na zdjęciu w dowodzie mam jeszcze inną twarz – to już na pewno skończyłbym w Nasielsku, mój casus uległby kosmicznemu pogrążeniu! W Anglii w ogóle wiecie, jak się zachęca do kasowania biletów, np. w aglomeracji londyńskiej? Bardzo wymowną grafiką. Taki rysunek widzisz w każdym dwupokładowym busie czy metrze: siedzą podróżujący i rozmawiają, śmieją się, przeglądają smartfony, a obok zasechł gość skulony, spoglądający spode łba na prawo i lewo, czy mu się uda, czy kontroler aby się nie zjawi? Pierwsi wymienieni mają komfort dnia, nie czują krzty zagrożenia, a gapowicz puls wysoki, tętno do góry – łamie przepisy, płacąc pokaźną cenę.

Po cholerę taki stan sobie fundować – za te marne, zaoszczędzone grosze? Jak już podrywać to księżniczki, a jak już kraść/chachmęcić to miliony, nie drobne, nawet skalą polskiej emerytki! „Dlatemu” jestem przepisowy do bólu. Nie wsiądę w Iławie czy w Gdańsku do SKM-ki bez „ticketu”, samochodem przestrzegam wszystkich ograniczeń, zapinam pas, ubezpieczenie płacę w terminie. Tak samo diagnostykę coroczną robię jubilersko – w ostatnim dniu, by nie podgryźć kalendarza, glejt dają potem na 365 dni. Przy tym wszystkim usprawiedliwiam nastolatków – to wiek, kiedy trzeba się raz i drugi na coś nadziać, zaryzykować, zblamować może, by nabrać ex post doświadczenia po grobową deskę – to wiem z autopsji. Trafne jest, nie wiem, kto to powiedział, ale wiem, kto zacytuje – ja, że dzieje własnej głupoty ludzie właśnie nazywają doświadczeniem, złota myśl. Srebrna za to, żeby lato wróciło, bo lipiec do chrzanu. Kontrolera pogody mu nasłać? Naślę!

LESZEK OLSZEWSKI





  2019-07-10  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
125771635


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | kogel-mogel | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2019 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.