Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie, felietony
kogel-mogel
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie, felietony
Olszewski: Gorzkie żale odjeżdżajcie!
Rochowicz: Sport i wartości w życiu Karola Wojtyły
Gonzalez: Dawid Bobasek
Olszewski: Tysiąc kilometrów via Pendolino w dobę!
Gonzalez: Radni za handlem, ale przeciwko. Koniec Manhattanu
Gonzalez: Pamiętacie taką dyskotekę „Gallus” w Iławie?
Rochowicz: Stadion miejski w Iławie czeka
Monika Binek: Strajk, a co z jakością nauczania?
Gonzalez: Z morza ruin powstało miasto Iława
Gonzalez: Nauczycielski strajk to... ucieczka od wychowania
Gonzalez: Lalka, która nie wróci nigdy
Rochowicz: Ronda z imionami czy bez?
Olszewski: Weźcie schowajcie te telefony!
Bartosz Gonzalez: Setka burmistrza Kopaczewskiego
Olszewski: Człowiek na właściwym miejscu, Ewa Wiśniewska
Gonzalez: Jakiego muzeum chcemy?
Olszewski: Brawo wy! Rzecz o polszczyźnie kaleczonej
Gonzalez: Iława to telewizyjna pustynia
Olszewski: Bezlitosne zapasy, my kontra handel i usługi
Olszewski: Lodowisko i polecam, i odradzam…
Więcej...

opinie, felietony

2018-12-05

Olszewski: Grudzień w kalendarzu i kwestie przyziemne


Pierwsza moja ocena zbudowanej alejki na tzw. Wyspie Młyńskiej, oddanej w użytkowanie 26 listopada – był to poniedziałek. Późnym wieczorem kończę bieg z alejki nad Iławką, piąty kilometr, przebiegam przejście dla pieszych przy moście przed cmentarzem, mrok i patrzę – płoty zniknęły! Zdjęli? Albo jestem ślepy. Nie dowierzam, nie może być! Wbiegam w to – żadnych obostrzeń, zapraszamy! Dociągnąłem do mostku na Jagiełły, szło dwóch panów z psami, mówią: „Cześć!” – znajomi. Chwalą świeży trakt, ja zerkam po swojemu: oświetlenie, nawierzchnia, rozmach. Jest fajnie, nie za długie to, ale rozwojowe – rezerwy tkwią, trzeba dalej ciągnąć. Za dnia zwiedzam – tłumy już. Przynęta łyknięta, chadza się. Mamy kolejną nowalijkę, pokochajmy ją, bo zrośnie się z nami jak np. hotel Tiffi. Ot, nowy zapach Iławy…

I tak się trudno rozstać… Diabeł mnie tam ciągnie we wtorek i środę, bo blisko domu. We wtorek mam dość ciężkiego powietrza ścian ok. 23:00, to dawaj się przespacerować tam i z powrotem. Noc ma swoje krany i rury, to swoista forma samobytowania. Idziesz i myślisz, czy jak to tam nazwać. Sekunduje ci w tym jeziorko, szerokie aż do rozlampionych w pokojach domostw na Jagiełły, zupełnie nieznane w czasach chwilę przed. Tzn. mi znane i kilku innym osobom jako marginalne i brzydkie, a teraz jakoś odświętnie ubarwione, przyjazne, chcące się godnie zaprezentować. Zyska tą alejką bezwzględnie, jak zyskał choćby Wałęsa znaczkiem z Matką Boską, oboje się idealnie poreklamowali. Środa potwierdza wrażenia – babcie na kijkach, opiekunowie pchający wózki inwalidzkie, młodzi zajadacze obcowania z naturą, biegacze oczywiście – znakomicie!

Wkupiony towar. Jakby mój ojciec zmarły 10 lat temu wstał z grobu, zszedłby ponownie chyba z szoku – tyle nowego? Co to za hossa? Taka perspektywa daje obiektywną wycenę ogólną – prze się tu ku alpejskim horyzontom, kółko miłośników tego grodu nie zawęża się, a rozrasta. I są to na szczęście ludzie wpływowi, piszący wnioski o dofinansowania, chcący więcej i więcej. I świetnie – proszę nie ustawać w tym pisaniu i prądach. Kadencja pięcioletnia aż się prosi o tomy śmiałych projektów. Jak wspomniałem, trzeba invest pociągnąć dalej, bo na razie to jakbyśmy recytowali alfabet od „A”, doszli do „N” i stop, koniec. Jako dzieci dostalibyśmy brawa, bo nie popieprzyliśmy w kolejności piętnastu liter, ale jak się powiedziało „A”, czeka się nie na „N” czy „T”, a „Ż” – nieodmiennie. A my tu mamy 1200 metrów i znaki, żeby zawracać, szlak się kończy w polu.

To lwia część przyszłego porządku. Teraz trzeba przebić się przez działki pod górkę, dotrzeć do obwodnicy i tamtejszych ścieżek, będą to napisy „fine” na owym odcinku. Obecnie jesteśmy na filmie „Szczęki” i rekin dokazuje – środek akcji! To samo winno czekać dwie pozostałe odnóżki obdarzone już profetycznie mostami. Tę na tyły IZNS-u, na wymarłe boisko. Tu robota nie będzie zabawą, bo bieżąca ścieżka ma szerokość 12-15 cm, a i brzeg nie tyle pozostawia wiele do życzenia, co pozostawia wszystko. Przeprawcie się z ciekawości, nic się nikomu nie stanie. No i także smuga końcowa przez rzekę, dobijająca wzdłuż do torów na Olsztyn, która winna następnie skręcać w prawo, by dla odmiany ulecieć wzdłuż torów na Gdynię. Wspomnianą „Jagiełło Strasse” – że oddam Niemcom jeden rzeczownik w felietonie. Tam jest wymaganie brukowanej drogi, bo ziemista póki co i pofałdowana niczym kołdra po nocy, też już możecie to wszystko poznać z autopsji, most pozwala. Można zatem robić kółka, meldując się na Młyńskiej, co bym postulował, odcinek w tę i we w tę znuży, a okrążanie to przygoda, jak lasu czy innego areału. To ja z kolei wiem z autopsji – od nogi, przez rower i auto.

No właśnie, zdradzę wam swoje ulubione hobby listopadowo-styczniowe, do którego co roku wracam z lubością. To tak zwane „rundkowanie”, samochodowe zataczanie kół po podiławskich wsiach, z preferowanym terminum niedzielnym. Dlatego, iż relatywnie szybko robi się ciepło, trzeba więc odpowiednio wcześnie wyjechać. Listopad-grudzień to symboliczne dno roku, rezerwuję więc godzinę 13:00-13:30 i ruszam na małe dwie godzinki, może krócej – zobaczyć, jak to wszystko zimuje.

Całe szczęście nawet małe kolonie mamy poasfaltowane, wszędzie można w cieple samochodowego ogrzewania dotrzeć! I to są odległości dużo większe niż rowerowe, w inny sposób więc tam się nie zamelduję, nie zajrzę prawie do kominów i w obejścia. Piesze kółko 8-10 km to jest dużo, rowerem 40-50, a samochodem zrobi się 90-100 i nic, frajda, a za oknem zima, mrozy, przyprószenie śniegowe. Poznaje się Czachówki, Zazdrość, Babięty, z Babięt skręca na Czerwoną Wodę, a stamtąd Wądoły, Krzywiec – znacie to? To 15-20 minut znad Jezioraka na Susz. A Stary Folwark, Kantowo na Kisielice i tak bez końca! Nieskończoności do przejechania, poznania, wyjścia popatrzeć, popstrykać pamiątkowe zdjęcia, by pomknąć w tę zimę dalej. Jakie to miłe popołudnie, to nie sposób opowiedzieć – odkrywać najbliższe resorty, zerkać na chaty… Bardzo biedne, biedne, normalniejsze – kraj za miastem aż się zaiskrza!

Śliwa za Borecznem kryje na północy krajobrazy zapierające dech: jeziora, skarpy, doliny leśne, zjazdy (jezioro i wieś Piekło!) – a to ledwie gmina Zalewo. Czemu nie zabawić się w niedzielnego Kolumba i nie zwizytować autochtonów, parceli, z których rzadko pewno wychylają nos na świat? Zaraziłem tą rewolucyjną pasją kilku z najbliższych. Polecamy sobie coś, dzielimy się wiedzą, odkrytymi pałacykami, dworkami – to nie rowerowa rozrywka, przenigdy niestety nie wchodzi w grę. Zwłaszcza cyklicznie. Dobrze, iż odkryto pojazdy mechaniczne i ktoś wpadł, by je wycieplić, kiedy sytuacja przymusi. Sumin, Mierzyn, Osówko, Babalice, Sędzice – oto moje zimowe zajazdy! Wszędzie tam ludzie, psy, ich codzienność. Fajnie i tajnie zerkają też na obcych, „miastowych” się poznaje nomen omen psim węchem. Spojrzenia są ciekawskie, acz niepewne. Zazdroszczą nam pewno losu, ze wsi niełatwo uciec, niedola rozbita na kolejne pokolenia, tego im wcale współczuję.

Turystykę rowerową traktuję zawsze jako kwiatek do kożucha pory wiosenno-letniej, wczesnojesiennej. Szukam wtedy wrażeń, żebym „odjechał” z powodu bogatego uposażenia w przyrodę Prus i Oberlandu. A zima to niedola, zubożenie, pauperyzm – organizm jakoś mi tego szuka. Zdarza się, że zagaduję, jak się komu tam pożywa – o dziwo zadowoleni! Za wiele nie trzeba im do szczęścia: robota, napalony kominek, lodówka, telewizor ze sportem/filmami i życie już krzepkie dla większości z mych rozmówców. Wracam zawsze z podładowanymi bateriami, oczy zerkały, łowiły curiosa. Oto blok i oświetlenie miejskie wydają się rajem nieodrodnym. Jestem ostatnim człowiekiem, który zamieniłby swój los z wieśniakiem, nawet wieśniakiem z pieniędzmi i rezydencją, choć te dwie rzeczy to akurat przeważnie najczystszy oksymoron!

A teraz przechodzimy od rzeczy aktywnych do pasywnych, chociaż ten i tamta mogą mi zarzucić, że rundkowanie to aktywność pasywna, bo wygodnie siedzisz, a samochód przemierza glob – umownie mają rację. Tyle że zalecałem poznanie wiosek nogą, popatrzenie w drzwi, podwórza, wszystko lepiej smakuje z połączenia jeżdżenia i łażenia. Poniemieckie domy mają często wybite na ścianie lata powstania, architektura jest gdzieniegdzie zachwycająca, nie wychwyci się tego suchą jazdą. Parkujemy zatem i godnie odziani – w drogę – jak to śpiewały Czerwone Gitary. Nie spoczniemy! Chyba że ciągle pada, to wróćmy nad Jeziorak!

Starożytni Grecy to byli mądrzy ludzie, instytucja demokracji jest z tamtych czasów. I oni oprócz kształtowania ustrojów politycznych, pozwalających na przyjazne koegzystowanie obywateli mających różne poglądy, promowali co innego. Tzw. zasadę „złotego środka”, sprawdzającą się notabene o wiele lepiej niż demokracja, która choćby tu ostatnio upadła. Ale wierzę, że uniknie złego końca – wybory za rok i dwa! „Złoty środek” polegał na tym, że za mało czegoś – źle, za dużo – drugie źle, a umiarkowanie – zwykle dobrze. Abstrahując od narkotyków, które i oni też znali. Ludzie dawali w różne gazy i haje. Może nie od biblijnego Adama, ale ziemskiego jakiegoś małpiszona człekokształtnego, co to wstał na obie nogi i patrzy co dalej. Zresztą Adamowi też nie odbieram – bo po prostu nic nie wiadomo, a jak nie wiadomo nic, to nic! No i ja – mi się wydaje – wdrażam „złoty środek” modelowo, na wielu (jeśli nie na każdej) płaszczyznach życia. Biegi – tak, ale nie za dużo, to samo np. klnięcie czy czytanie. Całe dnie czytać, biegać jak opętany – absurd, w ogóle nie czytać, nie ruszać się na świeżym powietrzu, preferując dom i monitory – tragedia.

Nawet w alkoholu mam dawkę ustaloną, bardzo średnią i jej nie przekroczę za chińskiego boga, ni o ćwierć lampki wina. Do alkoholu w ogóle się nie urodziłem, co nie znaczy, że prezentuję się od tej strony jak umartwiony jezuita – bynajmniej! Z tego wszystkiego czytanie daje mi rozkosz porównywalną do muzyki, sport to sport – duchowości nie rozwinie, a najwyżej żelazo w nas. Tylko że dorwać coś pięciogwiazdkowego do czytania jest wielką sztuką. Czasami żartuję, że jak człowiek sam czegoś nie napisze, to nie ma co liczyć na prezenty i coś w tym jest. Zawężę teraz temat do książek, do których namawiam jak Jan Chrzciciel do poczekania dwóch dni, bo idzie godniejszy od niego. I tu jest problem, bo im ktoś bardziej wymagający, tym mniej rzeczy go zadowala, muzyka to kalka tego stanu. Z mojej perspektywy liczba tandety w tej chwili w kontrze do czegoś wartościowego to 95 do 5.

Trzeba więc szperać, korzystać z archiwów domowych, kartkować w bibliotekach, bo za chwytliwym często tytułem jest czyjeś pióro – rozchwiane nierzadko, toporne, mało ciekawe. To jak z ludźmi posiadającymi dar słowa – ta sama historia opowiedziana przez 10 osób to 10 różnych historii. Kto jest świetnym oratorem – zgarnie zainteresowanie publiczności! Generalnie trafną prawdę kiedyś czytałem o bestsellerach: bestseller otóż to książka, którą bezwzględnie trzeba mieć na półce i bezwzględnie też nie należy jej otwierać. Bo gniot naturalnie i płycizna dla najmniej ociosanych, co to „Kod Leonarda da Vinci” czy jakiegoś Coelho od razu mają za najwyższą próbę literacką. Podczas gdy tak naprawdę to dokładnie… próba literacka, nijakiego lotu, czwarty garnitur rzeczy wydrukowanych i oby tylko taki, bo zdaje się, że niższy!

Dziwnym zrządzeniem losu dostałem w prezencie „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej, tej od „Nocy i dni” i „Ludzi stamtąd”. 50 lat zapisywania w domu, w ustroniu o spotkaniach z Piłsudskim, Bierutem, Tuwimem – cymes, drodzy państwo! Wieloletnia, zasłużona dyrektor KRUS-u w Iławie, pani Henryka Piasecka, już emerytka, przeprowadzała się latem do rodzinnego Augustowa i obdarzyła mnie częścią swoich zbiorów. Nie odwdzięczę się Opatrzności za „Dzienniki”. Pięć tomów najlepszego literackiego ciasta, jakie tylko może zaistnieć! Miałem kilka rzeczy na tym poziomie w rękach, ciężko się takie coś kończy – kac przy kolejnej książce gwarantowany! Bo ciężko o dorośnięcie do pięt, „Dzienniki” Dąbrowskiej dosłownie pachną perfumami Coco Chanel. Jak autobiografia Rubinsteina, Szwejk, „Mistrz i Małgorzata”, „Lucjan Leuwen” Stendhala czy Milan Kundera.

To pięciolistne koniczynki zadrukowań! Mam takiego seniora w Iławie, który szczyci się, że o czym nie napiszę – on wszystko łapie: fakty, aluzje, nazwiska, malarzy. Miło, że ludzie lubią pisanie wymagające, moi czytelnicy to coś! Widzę, jakim poklaskiem cieszą się te dłuższe teksty – skoro powszechnie dziękuje mi się od kilku tygodni za ich fakt – musi być głód wysiłku głów. Na kilka tematów zwykle choć jeden jest nie o przyziemnościach, o to dbam, bo i sprzedając chociażby swoją wiedzę, przyjemniej się pisze. Teraz mam wyjątkowego pecha, bo biorę do ręki n-tą rzecz po Dąbrowskiej i jest to jakby oglądanie po Barcelonie w piłkę od pół roku – Arki Gdynia. Prawie koszmar, 20-40 stron i trudna decyzja – odkładam. Los ten spotkał biografię Krasickiego pióra Francuza, pisaną w 1940 roku, w przededniu wkroczenia do Paryża Niemców.

Francuz czuje strach na tyłku i Krasickiego widzi jako oświeconego Europejczyka w kontrze do Hitlera. Ciekawe, czy nie zapłacił za to zbyt wysokiej ceny? Profesor Ludwik Hirszfeld, Polak-Żyd, gość, który rozróżnił grupy krwi, swoje wspomnienia notował w roku 1943, ukrywając się gdzieś w słomie chłopskiej po jesieni i zimie. Też źle się to czyta, widać, że pióro bez skrzydeł, lecące na niepewnym życiowo wietrze. Zaprawdę lepiej opisywać się w wygodnym gabinecie rektora wyższej uczelni z wyłącznie podwładnymi, gdy wzejdzie jutrzejszy świt… Wreszcie na poczcie wypatrzyłem „Wołyń we krwi 1943”, przekartkowałem naturalnie. Wezmę, mówię, przemielę przez kilka godzin szczegóły tego nieszczęścia. Pobieżnie miałem to przefiltrowane – tło historyczne, coś w radiowej „Dwójce” tłoczono, z Równego pochodziła nasza onegdajsza sąsiadka, pani Boczkowska.

Ale babka, która to pisała, wpadła podwójnie – po pierwsze, wszystko, co polskie, jest złote, co ukraińskie – dno, a tam opisuje wielu wartościowych Ukraińców, mimo że chce ich splamić, bo… Polski nie kochali. Boże, ja sam nie kocham, a co się dopiero dziwić Ukraińcom, narodowi bez państwa po I wojnie światowej? Czującemu gnębienie przynajmniej trzech sztucznych a realnych zaborców: Polski, Rumunii, Węgier… Dostała za tę chałkę oczywiście przemożne rekomendacje: ksiądz profesor jakiś tam, Radio Maryja, „Nasz Dziennik” – że też nie spojrzałem na tylną obwolutę! To dzieło jednak ukończę, umiem oddzielać ziarna od plew, a trochę się paniusia postarała w cytowaniu prasy wychodzącej, sprawozdań dla tajnych służb i tego rodzaju odkopywaniach. A mordowali się nieszczęśni w imię lepszej przyszłości nieźle.

To minister Pieracki dostał od Ukraińca postrzał w Warszawie, to Polska przed 1939 r. pacyfikowała województwo wołyńskie (Ukraińców) regularną armią, krzywdząc bezbronnych. Pełen rozkwit „wet za wet” w ramach równania rachunków. Aż do symbolicznego powieszenia na krzyżu, tej opcji zwycięzca nigdy się nie obawia. Przebrnę to, wnioski wyciągnę swoje, to wielki atut jasnego spojrzenia.

Nie dajcie się propagandzie, zimny krytycyzm niechaj rączo istnieje!

LESZEK OLSZEWSKI





  2018-12-05  

Na skutek postanowienia sądu
komentowanie zostało wyłączone (tymczasowo).
Zapraszamy na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
124167181


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie, felietony | kogel-mogel | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2019 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.