Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie
CENNIK
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
szukaj
FORUM

opinie
Gonzalez: Burmistrz zamyka amfiteatr i ma spokój!
Gonzalez: Nic się nie stało. Jedziemy!
Orlicz: Ciemność widzę!
Olszewski: Turystów może to nie irytować?
Gonzalez: Śmieci nasze powszednie
Gonzalez: Dziennik końca świata (7). Powrót do normalności
Tomasz Orlicz: Ulica księcia Surwabuno
Gonzalez: Ewa Wiśniewska, czyli „Powrót Smoka”
Olszewski: Na młode wilki obława…
Orlicz: Serdeczny szwindelek
Olszewski: Szkoda nas na szaszłyki, dlatego chłodźmy głowy!
Gonzalez: Dziennik końca świata (3). Pielęgniarki na wojnie
Orlicz: Doczekalnia
Gonzalez: Dziennik końca świata (1). Kto przewidział?
Rochowicz: Wspomnienie dyrektora „mechanika” Józefa Zasuwy
Orlicz: Potrzeba nam męża stanu
Rochowicz: Wydolność fizyczna jako antidotum na wirusa
Olszewski: Wirus czy świrus?
Orlicz: Przygotujmy się na reset
Olszewski: Koronawirus kontra dżumy i cholery
Więcej...

opinie

2010-08-11

O dziurawym serze i zegarku opowieść


To, że polskie społeczeństwo jest zacofane mentalnie, udowadniać trzeba chyba tylko nacjonalistom. Jeszcze do niedawna za dziwactwo uchodziło tu bieganie, grube dzieci uchodziły za okaz zdrowia, a jak ktoś nie pił wódki na weselu, to wszyscy interesowali się, na co choruje. Dziś już bliżej nam do Holandii niż Białorusi, ale jeszcze czasem tu lub tam wychodzi tej nacji słoma z butów, tudzież trzeba jej czasami dać drogowskaz, którędy na Eden.


Leszek Olszewski


Weźmy miasto – największy plac budowy na kilometr kwadratowy w Polsce, słodką Iławę. Ludzie, ci zmotoryzowani, już powoli mają dość, że pierwszą rzeczą, jaką los im funduje po wydostaniu się z jakiegoś korka ulicznego, jest wpadnięcie na koniec kolejnego i ponowne wielominutowe czuwanie modlitewne w bezruchu samochodowym. Słoma z butów wychodzi tam, gdzie wahadłowo ruch reguluje sygnalizacja świetlna. Gdy komuś zapala się czerwone światło, ten ani myśli hamować swoją maszyną, a rączo prze do przodu, bo tyle czekał. Za nim to samo czyni kolejny as szos i zwykle ogonek na czerwonym sięga 5-10 aut! Światła momentalnie tracą sens, bo przejeżdża się przez „wąskie gardło” dopiero, gdy karawana z naprzeciwka wyschnie, wtedy ruszamy my i to też na zasadach wolnoamerykanki – zieleń czy czerwień na słupie.

Ta praktyka powoduje istne hekatomby komunikacyjne, ale jak ma być normalnie, skoro sam, gdy stanąłem jako pierwszy na czerwieni na pewnym punkcie remontowym, zostałem nerwowo wytrąbiony przez kilku kierowców z tyłu: „Co on, nie widzi, że tuż przed nim się zapaliło? Czemu stanął?”. Na szczęście obyło się bez linczu, co zważywszy na kilka minut bezcelowego postoju, należy uznać za nader szczęśliwe zwieńczenie sytuacji. Z drugiej strony wspomniałem o Holandii i z niej przykład, jak równać to do ludzi w garniturach, nie w kaloszach. Tak słyszy się narzekania na te remonty, codzienny paraliż komunikacyjny, stanie godzinami w oparach benzyny, a ja tak się zastanawiam – ilu z tych ludzi tak naprawdę danego dnia potrzebuje poruszać się autem.

W Holandii, jak wiadomo, pojazdem nr 1 w każdym mieście jest rower. Nim dojeżdżają do pracy burmistrzowie miast, urzędnicy, nauczyciele, uczniowie, lekarze, prawnicy – to taki zbiorowy akt trzeźwości. Samochody Holendrzy mają lepsze niż Polacy, te jednak rezerwują na okazyjne wyjazdy do hipermarketów i poza miasto na weekendy. W Iławie dość spojrzeć: parkingi pod ratuszem czy urzędami zapchane, gros ich należy do rezydentów. Gdy oficyny kończą urzędowanie, ta cała masa próbuje w jednej chwili wydostać się do domów, położonych czasem o kilometr obok, ale jak to by wyglądało – jakiś referent, pan nauczyciel i rower? Powiem, jak to by wyglądało – sensownie i z klasą, słowem niepolsko.

Zachęcam do przemyślenia tego pomysłu, bo to i w domu szybciej i samochodów gdzieś o kilkaset mniej w godzinach szczytu na ulicach grodu. Ponoć Holendrów w Iławie strasznie dziwiło w maju, dlaczego ludzie wolą stać w korkach niż poruszać się płynnie po mieście na rowerach. Polaka ciężko zrozumieć ludziom z Zachodu, para z Australii też pstrykała ostatnio zdjęcia z zamieszania pod krzyżem w Warszawie, mówiąc, że u nich także zdarzają się katastrofy, ale tam bierze się je „na klatę” i żyje dalej. Polak zaś musi cierpieć, bronić, dochodzić, pamiętać, stać, recytować i odpalać znicze – taki w gruncie rzeczy nekropatriotyzm jest tu zalecany od szkół wzwyż. Ale chrzanić rodzaje patriotyzmu, idźmy dalej.

W Anglii ludzie generalnie w mieście nie trzymają psów, a koty. Jest bowiem surowy zakaz szczekania po 22, to lepiej nie ryzykować, a kota, nawet jak prosić – nie zaszczeka. Wolnoamerykanki jak w Polsce jednak nie ma, wszystko jest uporządkowane jak w typowym postkolonialnym imperium. Każdy kot musi być wysterylizowany i mieć wszczepiony chip, słowem elektroniczny identyfikator na wypadek, jakby zaginął. Te dwie rzeczy są darmowe – miasto pokrywa koszty operacji. Każdy kot ma prawo chodzić po osiedlu, gdzie chce, ale w specjalnej obroży, jest ona dowodem, że ma właściciela. Podobne procedury dotyczą psów „nieszczekliwych”, poza tym istnieje rygorystycznie przestrzegana liczba ras, na których posiadanie się w mieście nie zezwala.

W Iławie bałagan ze zwierzętami domowymi godzien jest francuskiego porzekadła o tej cesze nadwiślańskiego narodu. Bezdomnych kotów się nie sterylizuje (w Anglii norma, żeby się dziko nie rozmnażały), psy zaś o tyle miasto interesują, że pobiera za nie podatek, za który to władze do niczego się nie poczuwają. Kwota zaś idzie chyba na premie dla chłopaków z ratusza, nie sposób uzyskać jakiejkolwiek informacji w tej materii. W Anglii takie zapytanie na łamach gazety załatwia rzecznik prasowy na drugi dzień, szanowny panie burmistrzu, chętny pewno na kolejną kadencję zasiadania na stolcu. Jeszcze trochę o Zjednoczonym Królestwie, kraju, gdzie – uwaga – przytłaczająca większość społeczeństwa jest zadowolona, że tam żyje.

Ale czemu się dziwić, jak mądrze wszystko zorganizowane i na nic się nie trzeba wściekać – tylko żyć! Otóż trwa nad Tamizą ogromna kampania walki z otyłością (a nie jak tu o pozostawienie/przeniesienie krzyża). Ze szkolnych sklepików znikają słodycze i cola, stołówki serwują więcej warzyw kosztem mięs i tłuszczu, te nawyki trzeba kształtować od dziecka. Kampania koncentruje się na haśle „Nie jest wstydem, że jesteś grubasem, wstyd, że nic z tym nie robisz”. Piętnuje się zwłaszcza brak wiedzy rodziców o żywieniu swoich pociech, idą programy edukacyjne, rodzice zapraszani są do szkół na prelekcje dietetyków. Powiedzcie, czy w Polsce/Iławie dostrzegacie również podobnie przemyślane strategie działania w jakiejś tyczącej społeczeństwa – ogólnego czy lokalnego dziedzinie? Bo ja nie.

W Holandii, Anglii czy Niemczech miałbym trudniej, nie byłoby, przypuszczam, sprawy do zgłoszenia w felietonie. Ludzie sprzątają psie kupy, kierowcy są wzajemnie bardzo uprzejmi, księża żyją z pensji i płacą podatki. Te kraje to jak szwajcarskie zegarki, Polska zaś bardziej przypomina helwecki ser. Słowem wszędzie dziurawa, a do tego ciężka do strawienia.

LESZEK OLSZEWSKI

  2010-08-11  

Z komentarzami zapraszamy
na moderowane FORUM
Wróć   Góra strony
129633521


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Zapowiedzi: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie | CENNIK | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | szukaj
FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2020 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.