Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie, felietony
REKLAMA
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
kogel-mogel
szukaj
FORUM

CZYTAJ
Skarga na kolejki do laryngologa
17-letni skejt z mamusią
Szpital i seria zgonów. Sprawdzamy postępy w śledztwach
Susz. Koniec przebudowy drogi wojewódzkiej 521
Heroizm szpitala
Skarga na szpital. Ziółka i do domu
Brak piątej klepki
Skargi na POL-MAK. Hałas i opary
Biegam maratony na wesoło
Nagrody za twórczość artystyczną
Mięczaki atakują podwórko
Dekomunizacja. Co ustrój, to pomnik
Znowu uniki szpitala. Patryk mógł żyć!
„Biesiady Leśna” wytacza armatę w ratusz
Nocna kwarantanna od alkoholu
100% zdawalności w British School
Samowolka z parkowaniem
Policjant uratował dziewczynę
Biskupiec buduje mieszkania socjalne
Pielgrzymka na Jasną Górę
Więcej...

CZYTAJ

2008-12-24

Wiceminister PIOTR ŻUCHOWSKI: – Czuję kulturę


RADOSŁAW SAFIANOWSKI: – Jest pan politykiem Ziemi Iławskiej, który zaszedł najwyżej w hierarchii politycznej kraju. Jak to się stało, że został pan wiceministrem kultury?

PIOTR ŻUCHOWSKI, Sekretarz Stanu w randze wiceministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, mieszkaniec Szałkowa pod Iławą: – Jestem z wykształcenia historykiem sztuki, po dobrej uczelni – Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dyplom obroniłem w 1987 roku, czyli jeszcze przed zmianami ustrojowymi. W tamtej rzeczywistości nie zdecydowałem się na pozostanie w dużym mieście. Wróciłem do rodzinnego Szymbarka pod Iławą. W zasadzie jedyną pracą, jaką mogłem tam podjąć, było nauczycielstwo. Potem pojawiła się praca w samorządzie – kolejno gminnym, powiatowym i wojewódzkim. Po pół roku bycia wicemarszałkiem województwa zostałem przewodniczącym Komisji Kultury Związku Województw RP. Z racji tego udzielałem się na różnych forach kulturalnych, w tym także w ministerstwie. Kiedy później zostałem wybrany do władz krajowych Polskiego Stronnictwa Ludowego, prezes Waldemar Pawlak powiedział mi, że chciałby, bym z ramienia PSL zajmował się sprawami kultury.

– Łatwo było przyjąć propozycję pracy w Warszawie?

– Jako polityk zdawałem sobie sprawę, że jeśli takiej propozycji się odmawia, to z reguły już się ona nie powtórzy. Podjąłem to wyzwanie, bo miałem stosowne wykształcenie oraz doświadczenie, co dało mi swobodę działania. Ponadto nie chciałem popaść w rutynę – byłem wicemarszałkiem województwa cztery i pół roku. To dużo. Jestem osobą kreatywną, dlatego moim zdaniem zmiana zajęcia co jakiś czas jest bardzo wskazana, bo pozwala zachować świeżość podejścia do celów zawodowych.

– Jak sprawdził się pan w nowej pracy?

– Dokładnie 29 grudnia zeszłego roku objąłem funkcję podsekretarza stanu. Po półtora miesiąca pracy minister zaproponował mi objęcie funkcji sekretarza stanu w randze pierwszego wiceministra. To chyba najlepiej świadczy o tym, że się sprawdziłem. Była to w ogóle sprawa bez precedensu, bo oto mój szef – znamienity polityk Platformy Obywatelskiej – poza wszelkimi partyjnymi układami zaproponował mi awans.

– Jak współpracuje się panu z przełożonym?

– Znakomicie. Bogdan Zdrojewski to wyjątkowa postać polskiej polityki, były prezydent Wrocławia, główny twórca renesansu tego miasta. To doświadczony samorządowiec, który jadł chleb z niejednego pieca. Kiedyś był nawet maszynistą kolejowym i dlatego zna Iławę! To człowiek, który daje poczucie pewności, dając też pole do indywidualnych działań.

– A sami urzędnicy resortu jak na pana zareagowali?

– Podobno bardzo mnie akceptują. Z racji doświadczenia dość szybko nauczyłem urzędników ministerstwa kultury, że najpierw wnikliwie czytam pisma, które mam podpisać. Przez pierwsze miesiące było zdziwienie, że niektóre wracały ode mnie do nich do poprawki. Z drugiej strony te dokumenty na moim biurku nie zalegają, staram się podchodzić do tego skrupulatnie. Kto czeka w urzędach na decyzje, ten wie, o czym mówię. Staram się dawać dobry przykład, załatwiając sprawy w miarę możliwości od ręki, bo zły szef bardzo szybko psuje zespół.

– Czym zajmuje się ministerstwo?

– Kompetencje resortu są bardzo duże. W zakresie moich obowiązków jest nadzór nad szkolnictwem artystycznym. Bezpośrednio w moim władaniu jest ponad 400 szkół (w tym szkoła muzyczna w Iławie) i 18 wyższych uczelni. Podlega mi także Teatr Wielki i Opera Narodowa w Warszawie, Filharmonia Narodowa, Galeria Zachęta i Zamek Ujazdowski, itd. To miejsca, w których ciągle coś się dzieje. No i oczywiście zastępuję ministra Zdrojewskiego na posiedzeniach Rady Ministrów i debatach sejmowych.

– Co było dotychczas dla pana największym wyzwaniem na stanowisku ministra?

– Zmiana prawa autorskiego i praw pokrewnych. Ta ustawa nie była modyfikowana od 1994 roku, a przecież rzeczywistość tego zagadnienia zmieniła się diametralnie. Przeprowadziłem setki rozmów w sprawie tej ustawy. Udoskonalamy, zmieniamy to prawo systemowo i mam nadzieję, że ostatecznie projekt naszych zmian trafi do podpisu prezydenta.

– Dlaczego nie widać pana w telewizji?

– Nie mam „parcia na szkło”. Bardzo często obserwuję z boku, jak nieprzygotowani merytorycznie politycy pchają się przed kamery. Nie lubię gadać tylko po to, aby gadać.

– Często zdarza się panu reprezentować ministerstwo na uroczystościach w stolicy?

– Tak.

– Lokalnie dał się pan poznać jako bardzo dobry mówca. Jak poszło panu w Warszawie?

– Chyba nieźle! Pamiętam, jak byłem w rosyjskiej ambasadzie, gdy Danielowi Olbrychskiemu wręczano unikatowy w skali naszego kraju Medal Puszkina. Była tam śmietanka warszawskiej kultury. Po wygłoszeniu przeze mnie okolicznościowego przemówienia Olbrychski zaproponował mi spotkanie. Rozmawiając bardzo szczerze, ów aktor-ikona powiedział mi, że bardzo ważne jest to, by politycy mojego resortu rozumieli kulturę. Podał tu przykład jednego ze znanych funkcyjnych polityków w warszawskiej kulturze, którego artyści się po prostu wstydzą. Kiedyś w podobnym tonie wyraził się Krzysztof Penderecki, z którym nawiązałem bliską znajomość. Zauważył, że jestem jednym z nielicznych polityków, którzy czują kulturę.

– Być może jest tak dlatego, że wcześniej sam był pan twórcą – literatem?

– Pewnie tak. Z artystami nawiązuję bardzo dobry kontakt, nie mam z tym problemu. Aczkolwiek w decyzjach jestem konsekwentny nawet wtedy, kiedy trzeba powiedzieć „nie”. Tego zresztą nauczyły mnie doświadczenia w zarządzaniu służbą zdrowia: podejmowania trudnych decyzji, ale przemyślanych. Przeprowadzone przeze mnie zmiany choćby w olsztyńskiej służbie zdrowia pokazały, że w ich trakcie miałem wielu wrogów, którzy jednak z perspektywy czasu docenili moje rozwiązania.

– Jak zmiana pracy wpłynęła na pańskie zarobki? Podobno stracił pan, odchodząc z Olsztyna.

– Na pewno w wymiarze finansowym nie zyskałem. Zarabiam około 12 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Po odliczeniu podatków, czynszu za mieszkanie służbowe w Warszawie, opłat za prąd i wodę, kosztów własnego wyżywienia, zostaje mi tyle, co przeciętnie zarabiającemu wójtowi czy burmistrzowi w naszych stronach. Kokosy więc to nie są.

– A jak wygląda pana codzienne funkcjonowanie w stolicy?

– Pracuję po pięć, sześć dni w tygodniu od rana do nocy, non stop na wysokich obrotach, przez co czasem naprawdę ciężko jest znaleźć całe dwa dni na powrót do rodzinnego domu. Ze względu na stanowisko mam specyficzny tryb życia: służbowym samochodem podwożony jestem od drzwi do drzwi na spotkania, uroczystości, odczyty i przemowy. Są też wyjazdy służbowe, także zagraniczne. Momentami mam wrażenie, że ten cały kołowrotek doprowadzi mnie do jakiegoś szaleństwa, dlatego staram się dwa wieczory w tygodniu poświęcić na pięciokilometrowy bieg po uliczkach i alejkach Czerniakowa, gdzie mieszkam. Plusem w tym wszystkim jest to, że zjeżdżając do domu, wracam do normalnych, życiowych problemów i mogę złapać dystans wobec pracy. Czasem na weekend przyjedzie do mnie do Warszawy żona, czasem synowie. No i jakoś to funkcjonuje. Z racji tego, że wywiad ukaże się w „Kurierze Iławskim”, chciałbym powiedzieć moim ziomkom, że życie ministra nie jest „królewskie” – to znaczy samemu trzeba zadbać o wyprane i wyprasowane koszule, obiad i tego typu rzeczy. Służbowy opierunek mają w Polsce tylko prezydent i premier. Obiad zaś jem najszybciej po godzinie osiemnastej. Nie najlepiej jest też z opieką zdrowotną dla polityka mojej rangi. Nie ma czegoś takiego, jak ministerialna klinika, nie jesteśmy otoczeni żadną szczególną opieką. Tak naprawdę dopiero w Warszawie zobaczyłem, jaką mamy u nas dobrą służbę zdrowia – to jest w Elblągu i Olsztynie.

– Jak przyjęły pana warszawskie elity?

– Wbrew temu, co buńczucznie deklarują politycy z tak zwanej „prowincji”, w stolicy trzeba coś sobą reprezentować albo się jest nikim. W urzędach i instytucjach pracuje naprawdę wyselekcjonowany materiał. Oczywiście obok Warszawy jest i „warszawka”, ale to nie znaczy, że elity są zamknięte na nowych ludzi. Jest inaczej: są otwarte, ale i obserwują takiego „nowego” ze wszystkich stron. Dlatego ważne jest ciągłe samodoskonalenie, ale przede wszystkim autentyczność bycia i fachowość.

– Na ile dziś uczestniczy pan w życiu regionu iławskiego?

– Bywam zapraszany na uroczystości lokalne i jeśli nie mogę na nich być, staram się przynajmniej wystosować jakiś list. Pewnie nawet pan nie wie, ale mam w ministerstwie zaprenumerowany „Kurier Iławski” i czytam go na bieżąco, do tego spotykam się z różnymi ludźmi, więc orientuję się mniej więcej w lokalnej problematyce.

– Co powie pan na temat napięć w światku politycznym powiatu iławskiego?

– Moim zdaniem czas na walkę jest w momencie kampanii wyborczej. Po kampanii politycy nawet z przeciwnych obozów powinni razem wziąć się za pracę dla dobra społeczności lokalnej. Tymczasem tu lokalnie brakuje nam politycznej dojrzałości. Niestety. Wiem, że są w powiecie iławskim tacy, którzy mnie nie kochają i nigdy nie pokochają, ale mimo tego, kiedy kończy się kampania, to staram się pracować, wykorzystując swoje funkcje dla dobra społeczeństwa. Dlatego każdy odpowiedzialny i dobrze przygotowany pomysł samorządowy może liczyć na moje poparcie. Gdybym ja po wyborach tracił energię na pilnowanie stołka, to dziś nie byłbym sekretarzem stanu w ministerstwie kultury. Udawanie, jakim to jest się kochanym, pisanie tzw. listów do wyborców w stylu: „ile to ja dla was wszystkich narobiłem…” już nie popłaca. To zadziwiające, ale wyborcy generalnie dokładnie wiedzą, kto jest kto. Elektorat lokalny po prostu dojrzał.

– Czy lokalni samorządowcy zwracają się do pana z prośbami o pomoc?

– Tak, ale nie tylko samorządowcy. Czasem sam szepnę komuś na ucho, gdzie warto złożyć wniosek o dotację i coś tam załatwiam…. Potem piersi do medalu wystawia kto inny. Bardziej śmieszy mnie to niż złości. Generalnie zawsze z przyjemnością wspomagam dobre pomysły, stworzone przez ludzi z „iskrą bożą” pozytywnego publicznego działania.

– Jakie ma pan plany polityczne na przyszłość?

– Czekam do czerwca na wybory do Europarlamentu. Numerem jeden na liście będzie Stanisław Żelichowski. Jeśli dostanie się do Europarlamentu, wówczas ja przejmę po nim mandat posła na Sejm. Wtedy niewykluczone, że Iława będzie mieć dwóch posłów. Jako poseł nadal mogę pełnić urząd sekretarza stanu.

– Rozważa pan powrót na stanowisko samorządowe w naszych stronach?

– Za wcześnie o tym mówić. Poczekajmy te pół roku i przy okazji letniego wywiadu dla Kuriera się opowiem! (śmiech) Nie ukrywam, że kiedyś chciałbym tu wrócić na stałe, tu mieszkać i pracować. Tu właśnie spotykam się ze szczerą, zwykłą, ludzką przychylnością i ciepłymi wypowiedziami, że ktoś jest dumny ze mnie, mojej politycznej kariery. Jestem pierwszym ministrem z powiatu iławskiego. Dla wielu ludzi to awans w stylu amerykańskim. Nie miałem nazwiska, wpływowej rodziny – cały awans wywalczyłem własną pracą, w dodatku zawsze z koniczynką PSL w klapie marynarki.

– Ma pan jeszcze czas na pielęgnowanie pasji?

– Nie ukrywam, że w stolicy brakuje mi lasu i Jezioraka. Poluję dużo mniej niż kiedyś. Czasami wyjmę broń z szafy, głównie za sprawą syna Tomasza, który przejął tradycje myśliwskie rodziny Żuchowskich. Druga moja pasja to książki. Na ich czytanie poświęcam każdą wolną chwilę podczas licznych podróży służbowych.

– Jak ocenia pan dzisiejszą etykę łowiecką? Obecnie panuje moda na myślistwo, jednocześnie zaś co i rusz słychać o przypadkach kłusownictwa czy wręcz bestialstwa ze strony legalnych myśliwych.

– Myślistwo to emocje, uruchomione zostają nasze bardzo pierwotne instynkty – dlatego jest to hobby dla ludzi odpowiedzialnych. Gdybym jednak miał porównać to, co się działo kilkadziesiąt lat temu, z tym, co mamy teraz, to powiedziałbym, że dziś mamy sytuację dużo lepszą. Są oczywiście wyjątki, które zachowują się skandalicznie i psują wizerunek wszystkim myśliwym.

– Jak spędza pan święta Bożego Narodzenia?

– Co roku Wigilię wyprawiamy w naszym domu, przy żywej choince. Przyjeżdża mój ociec. Przed wieczerzą czytam fragment Pisma Świętego, potem podsumowuję upływający rok. Później łamiemy się opłatkiem i zasiadamy do tradycyjnej wieczerzy. Kolejne dni to czas rodzinnych odwiedzin i spacerów do lasu.

– Robi pan własnoręcznie jakieś dania na wigilijny stół?

– Zawsze przygotowuję ryby: karpia na ciepło i w galarecie. Do galarety staram się nie dodawać żelatyny, tylko uzyskać ją z wywaru z głów, płetw i kręgosłupów ryby. Kosztuje dużo pracy, ale jest to wykwintne danie.



Minister Piotr Żuchowski w swoim obszernym, stylowym gabinecie w Pałacu Potockich w Warszawie

  2008-12-24  

Z komentarzami zapraszamy na forum
Wróć   Góra strony
111383922


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Informator: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie, felietony | REKLAMA | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | kogel-mogel
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2017 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.