A było to tak. Otrzymałem list z lubawską pieczątką urzędu pocztowego. Bez adresu nadawcy. Anonim. Mimo to, z zachowaniem należytej ostrożności, otworzyłem go (lekki jest, czyli nie wybuchnie). Się sprzedałem po raz pierwszy, bo z zasady anonimy olewam. Sam nie wiem, może lepiej było go olać...
Andrzej Kleina: Się sprzedałem
Teraz sprzedaję się po raz drugi. Bo niezgodnie z wewnętrzną busolą i wręcz wbrew sobie, listem się zająłem. Jednak! I to co poniżej, dowodem niezbitym jest tego zajęcia. List pochodził od „Czytelniczki”, która napisała co następuje.
„Od dłuższego czasu wiadomo, że przygotowywana jest międzyszkolna wymiana młodzieży. Jednym z kryterium wyjazdu na 2 tygodniowy pobyt do Turcji był udział w konkursie pieczenia ciasta. Konkurs odbył się 27 stycznia 2006 r. Większość uczniów podeszła do tego konkursu uczciwie, samodzielnie upiekła i dostarczyła do szkoły swoje wypieki. W ramach swoich możliwości i umiejętności udekorowała stoły. Ci nie mieli szans. Zwyciężył profesjonalnie zrobiony tort. Dla kogo był to konkurs, dla matek czy dzieci? Tą nieuczciwą metodą dwoje cwaniaków pojedzie na dwa tygodnie do Turcji. Gratulacje, ale czego – cwaniactwa?”.
Prosi mnie też „Czytelniczka”, ażebym „swoim dowcipnym językiem ośmieszył panującą w tej szkole głupotę, bo większości uczniów nie jest tam wcale do śmiechu”. Sympatycznie też mnie kokietuje, mówiąc: „Czytam pana artykuły, cenię pana dowcip, ostry język i dlatego mam do pana gorącą prośbę, ażeby pan ocenił żenujący dla mnie konkurs zorganizowany przez Gimnazjum w Lubawie”.
Przeżywałem konflikt decyzyjny niemały. Wziąć się za bary z tematem, czy nie wziąć? Bez mała, szekspirowski to dylemat. Psychologowie, co wszystko na ogół wiedzą, mówią, że konflikt to przyciągania z odpychaniem, ale są i tacy, co mówią, że odpychania z odpychaniem, cokolwiek to znaczy. Chciałbym być miły dla „Czytelniczki”, nie dlatego wszakże, że i ona dla mnie miła jest ogromnie, ale dlatego, że obdarzyła mnie zaufaniem, jak autorytet jaki bez mała moralny. Z drugiej zaś strony, poznałem tylko jej opcję i nie mam prawa, w podobny do niej sposób ocenić „żenujący” jak powiada, konkurs.
Nie mam też prawa twierdzić, że „tą nieuczciwą metodą dwoje cwaniaków pojedzie do Turcji”. Zastosowana jest bowiem w sformułowaniu „Czytelniczki” bezwzględnie reguła pewności. Z zachowaniem kilku dodatkowych warunków, można by, być może, zastosować regułę prawdopodobieństwa. Generalnie nie ci młodzi ludzie, którzy wygrali konkurs, ustalali reguły gry konkursowej. Reguły te, ustalił świat ludzi dorosłych.
Na podstawie fragmentarycznej wiedzy udostępnionej mi przez „Czytelniczkę” oraz tej wynikającej z tekstu Joanny Porębskiej pt. „Słodki Socrates” opublikowanego w „Głosie lubawskim”, wynika, że konkurs, który de facto rozgrywał się w domu rodzinnym uczniów, a nawet, być może, w specjalistycznej firmie cukierniczej, był pomysłem definicyjnie zdecydowanie chybionym.
Prawie pół wieku temu, mój nauczyciel prof. Zygfryd Płoskoński (pozdrawiam panie profesorze!) na zajęciach technicznych w lubawskiej „gamaji”, którą szczęśliwie dane było mi ukończyć, zaordynował nam, uczniom, temat do samodzielnego wykonania pt: „Lampka nocna” z dowolnego materiału. Ponieważ temat był dla mnie nad wyraz skomplikowany, lekcja zaś szkolna 45 minut sobie tylko liczyła, mogliśmy lampkę ze szkoły wynieść i dokończyć ją w domu.
Leniwy ja ci byłem niebywale, a i niezbyt też „gramotny” rękodzielniczo. Wpadłem przeto na pomysł i zleciłem wykonanie dzieła panu Stanisławowi Ornowskiemu, podówczas najlepszemu mistrzowi stolarskiemu Lubawy. Mistrz dzieło wykonał (pozdrawiam panie Stanisławie!), ja je w garść chwyciłem i szczęśliwy jak kanarek w tańcu godowym, zaniosłem do szkoły. Zwycięskim wzrokiem po chłopakach z klasy spozierałem... i niemniej zwycięskim krokiem dzienniczek do oceny wpisania panu profesorowi zaniosłem.
Mało trupem jednak nie padłem, i była to jedna z pierwszych dużego formatu porażek życiowych. Pałę mi wlepił profesor i z dobrotliwym uśmiechem zakomunikował, że jeżeli myślałem, że jestem lepszy od niego i on nabierze się na nie moje „dzieło”, to za mądry jednak nie jestem... Co do dzisiaj mi pozostało.
Że też nie zaproszono do jury konkursu cukierniczego, pana prof. Płoskońskiego, ciągle w doskonałej formie będącego, to błąd ogromny. On by powiedział, w ilu procentach słodkości dziełem są uczniów, a w ilu rodziców.
A tak w ogóle, regulamin konkursu, skoro przewidywał pomoc rodziców, był regulaminem do kitu...
Z ostatniej chwili. Zniecierpliwiona „Czytelniczka” opublikowała też list otwarty w Głosie Magistrackim. Z tym samym problemem. Czyli kwaśno-słodkim tortem. Spuentowała cały problem stwierdzeniem, iż „przy wyborze na wyjazd nie są istotne prawdziwe osiagnięcia naukowe ani umiejętności ucznia, tylko spryt i przebiegłość, a to już hańba dla szkoły”.
Uzyskała odpowiedź, i ja razem z nią, od koordynatora programu, bez nazwiska. Koordynator z listu „Czytelniczki” nie zrozumiał nic. Odpowiedział obok tematu.
Z tym większą więc odwagą teraz twierdzę: regulamin dotyczący „konkursu tortowego” był do kitu. Zdaniem koordynatora, cała ta zabawa w tort nie była „hańbą a zaszczytem”. Określenie to jest o tyle nieszczęśliwe, że każdy ma inną zaszczytu definicję...
Andrzej Kleina