Panom Kaliszowi i Żylińskiemu – z życzeniami wielu erekcji, również intelektualnych – ten tekst dedykuję. Oto kiedy przed wiekami pielgrzymi z całego świata niezwykle tłumnie zmierzali do Delf, aby zasięgnąć rady u Pytii i prosić Apollina o uzdrowienie, mogli odczytać oni najcenniejszą radę boga wszelkiej harmonii: „GNOTHI SEAUTON”.
Andrzej Kleina
Powyższa sentencja, wyryta na frontonie świątyni w Delfach, jest jedną z najwspanialszych myśli w dziejach ludzkości. A jednocześnie nie do końca chyba ziszczalną, bo stwierdzenie „poznaj samego siebie” (tzn. dojdź do zrozumienia swojej istoty) na przeszkody ogromne natrafia.
Podobnie było u mnie. W grzechu trwałem. W nieświadomości trwałem, a także w braku trwogi bożej. Grzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Grzech pychy uzewnętrzniałem braku atencji wobec bliskich. Żadnych też autorytetów nie uznawałem. Ale to się już zmieniło.
Gromadka życzliwych bliźnich – między innymi na Forum Kuriera, a także w radiowęźle ESKA – miejsce me właściwe w szyku mi skutecznie ukazała. Bo poznawałem siebie i nie do końca poznałem. Bo nie wiedziałem, że głupkiem jestem, matołem, dekadentem, nihilistą, a nawet cyklistą.
Nie wiedziałem, że niczego w życiu nie dokonałem. Szkół nie pokończyłem, nieudacznikiem koronnym, powiatowym jestem i nie wiadomo, czy dwie śliczne córki to też moje dzieło zgoła. Ale to się już dzięki bliźnim moim pogodnym i życzliwym, dzięki ich pomocy ustawicznej i nieustającej zmieniło, bezwzględnie.
Ja do niedawna jeszcze naiwnie myślałem, że dobrą felietonistykę można uprawiać tylko na bazie jakiegoś solidnego wykształcenia. Być w czymś specjalistą (a nie co jest u nas powszechne), „genialnym” ignorantem... Okazuje się jednak, że jestem matołem, że wykształcenie, które posiadam, to betka.
Bóg zapłać wam dobrzy ludzie. Dzięki wam poznałem siebie lepiej... Poznanie siebie, a więc właściwej swej istoty, pozwoliło mi na odnalezienie, zagubionego przez dziesięciolecia, sensu własnego życia.
„Staj się tym, czym jesteś”, mawiał Goethe, a ja w ząb tego nie kumałem... Dzięki wam dowiedziałem się, że nie tylko bankrutem jestem, ale też bankrutem intelektualnym, pieniaczem, pyszałkiem, leniem, mizantropem, zawistnikiem, złośliwcem, gryzipiórkiem i megalomanem...
Po dłuższym pobycie na łożu szpitalnym, Carl Gustav Jung (pozdrawiam pana Wiesława Niesiobędzkiego) napisał: „Jedyną mocą leczniczą, która działa na nas, jest poznanie siebie w świetle pełnej prawdy”. A trochę później zaznaczył: „Psychoneuroza jest ostatecznie chorobą, jakiej uległa dusza, która nie odnalazła sensu swego istnienia”.
Innymi więc słowy, nie tylko dzięki pomocy zewnętrznej poznałem siebie. Pomoc ta pozwoliła mi na uniknięcie bezwarunkowej choroby, bo jakżesz mogę takiemu Jungowi nie zaufać...?
No, ale dość żartów! Skoro nie można pokonać „konkurencji” umiejętnościami, inteligencją, determinacją i wolą czystej walki (a jest to coraz bardziej czytelne), trzeba próbować ją opluć, zgnoić, a w rezultacie, tak się przynajmniej wydaje, wyeliminować. Bo te powyższe próbki, przeze mnie zacytowane, to próbki głupoty i nikczemności w postaci źródlanie czystej.
Czyż gość nazywający mnie mizantropem, wie przynajmniej co mówi? Jak można negatywnie oceniać kogoś, kto z jemu wiadomych przyczyn stroni od ludzi, jest introwertykiem, czy po prostu samotnikiem?
Radio, po publikacji mego felietonu pt. „Ludzi bez honoru się batoży” (w całości niemalże poświęconego pustosłowiu Jerzego Kalisza), zareagowało bardzo nerwowo. Stwierdziło bowiem głosem wiernego żołnierza (anonimowo a jakże!):
„Niedawno dowiedziałem się, że Andrzej Kleina w ubiegłym roku jednemu z iławskich dyrektorów na pytanie, dlaczego uprawia w NKI publicystykę na zamówienie, powiedział mniej więcej coś takiego: „Panie (tu pada imię), zna pan moją sytuację finansową. Sam nie wiem, jak długo jeszcze będę musiał prostytuować się (sic!) u Synowca”.
I dodał jeszcze żołnierz żarliwy:
„I najlepsze, że to jest nagrane”.
No to odpowiadam byłemu dyrektorowi imieniem Adam, a także janczarowi wiernemu.
Gdyby ktoś stwierdził, że uprawiam publicystykę na zamówienie, odpowiedziałbym, że mnie z kimś pomylił, ponieważ ja uprawiam felietonistykę na rzecz i w imieniu własnym (co to oznacza – wyjaśniałem wiele razy; zainteresowanych odsyłam do stosownego słownika). Po chwili zaś, pacnąłbym go, świadomie, bez emocji w łeb wagą swych 90 kilogramów. I tyle!
Jeśli chodzi o moją sytuację finansową, to powiedziałem panu Adamowi („w ubiegłym roku”), że posiadam zarejestrowany tytuł wydawniczy i „prostytucja” u Synowca ma charakter przejściowy i jest niczym innym jak sprzedażą niezależnych myśli niezależnemu tygodnikowi. Rzekłem słowo „prostytucja” jako kategoria krotochwilna, pokazująca mój dystans do tego co robię, a nie przyzwolenie na orgiastyczne zapychanie byle penisem wszystkich dziur własnych.
Dlaczego o tym mówię? Ot, mam z jednej strony kaprys takowy. Z drugiej zaś strony chcę pokazać po raz kolejny (tym razem panu Adamowi), że odwaga cywilna jest u mnie w cenie. Podobnie jak lojalność i inteligencja...
Andrzej Kleina