Widząc reklamę i zaproszenie do wzięcia udziału w dwudniowych uroczystościach, dotyczących kolejnego orgazmu magistrackiego, pomyślałem krótko. Idę! Bo co już mi latoś do zaliczenia zostało w Lubawie? Ulica Zamkowa, aktualnie jak po Hiroszimie wyglądająca? Budynek TBS? O gazie to mi się już gadać nawet nie chce.
Andrzej Kleina
Uroczystość, zgodnie z PN-45 (czytaj: polska norma z 1945 roku) opóźniła się około 15 minut. Normalka! Speaker powitał wszystkich, a nawet i mnie, bo w odróżnieniu od powitania podczas uroczystości stadionowych, powitał też działaczy różnych, klubowych, nawet nie zaproszonych. No, to mi się przypadkowo powitanie oberwało. Szkoda, że wnuczka tego nie słyszała. Dumna z dziadka byłaby, że aż hej!
Reszta była identyczna niemalże, więc specyficzne deja vu („już widziane”) a nawet deja vecu („już przeżywane”) zaliczyłem. Dla sprawiedliwości: nie umiem tych różnych kresek i kropek (apostrofów, czy jakoś tam), nad głoskami podczas pisania zrobić, to i ten mój francuski, jak i bez mała polski burmistrza wygląda...
Na popitce i poczęstunku nie byłem. Nie, nie dlatego, że bałem się delirium tremens (bez tłumaczenia – to wszyscy w narodzie przecież znają). Burmistrz zrezygnował z wystawki, ponieważ fama głosi, że radnych rozpija (przypadłość ta wystąpiła podczas uroczystości otwarcia stadionu). Stachu nawet mówił, bo był incognito, że biznes lubawski w stanie wskazującym na współżycie się zjednoczył i pieszczocha burmistrza – Zdzisława Wierzbowskiego zatakował.
Speaker zapowiedział z głowy: „Przemówi do państwa sam burmistrz Edmund Standara”. I przemówił! To znaczy przeczytał! Ponieważ znajdowaliśmy się w sali, obiektem sportowym będącym, czas burmistrzowi zmierzyłem. Burmistrz czytał jedną minutę, czterdzieści sześć sekund. Z wynikiem tym, można wygrać lekkoatletyczny bieg na 800 m podczas mistrzostw Polski i nie jest to dobry wynik. To tak na marginesie. Żal mi było burmistrza ogromnie. Widać było – że deficyty metapamięciowe u chłopa już występują. Zaufania do siebie też nie ma. Zagubiony taki jakiś, kiedy sekretarza Macieja Radtke przy sobie nie czuje. No, to z kartki wali. Że też nikt nie pomyślał, żeby z playbacku poleciał? Żeby tak stany demencyjne, własne akcentować?
I czytał burmistrz, że jak pierwszy raz halę rozbabraną po poprzedniku, niedokończoną zobaczył, to po raz pierwszy w życiu zwątpił zdecydowanie. I niemoc go ogarnęła, czy da jej radę. Ale, radę dał. Z samorządem, pod batutą Edwarda Pokojskiego.
Przeginam jednak. Z głowy też mówił kawałek, czyli z niczego. Do Wierzbowskiego mówił, ale fonia wysiadła, wizja tylko została. Niewykluczone, że mówił, że jak wybory wygra, to Wierzbowski front robót, szeroki ma zapewniony. Jak do tej pory... I coś mu wręczył. Niewykluczone, że klucze do miasta.
Rozrzewniłem się bardzo, więc kolejności już dalszych wystąpień nie pamiętam. Dama z województwa jedna, dwuczłonowa, szlachetna bardzo, i postawiona wysoko też (zdaje się, że taki to Żuchowski w spódnicy), kokieteryjnie oświadczyła, że w tej Lubawie, ona by chętnie zamieszkała (oby się tylko mąż nie dowiedział, co kobitka knuje).
Starosta nasz zacny, powiatowy, Ryszard Zabłotny przemówił. Leciał bez kartki trzy minuty czterdzieści pięć sekund (tytuł mistrza Polski na 1500 metrów w tym czasie by zdobył). Przystojny ten starosta, reprezentacyjny, gość w każdym calu. W garniturze jak z paryskiego żurnala. Czego niestety o swoim burmistrzu powiedzieć nie mogę. Który tradycyjnie, w nie dopiętym, a i też pomiętym garniturze, jak z młodszego brata występuje. Może by radni jaką zrzutkę na garnitur dla burmistrza zrobili? I uczulili, że guziki służą do zapinania.
Z przemówienia starosty zapamiętałem frazę, którą już na stadionie poprzednio słyszałem: „Nie bójmy się marzeń” (czy jakoś tak podobnie). Jasne, nie bójmy się marzeń. Szczególnie wtedy, kiedy nie za swoje pieniądze je realizujemy... Zapamiętałem też, że niezwykle sobie chwali współpracę z burmistrzem Standarą, czego o burmistrzu iławskim powiedzieć nie może, a chciałby (to „chciałby” – to ja już dodałem od siebie). Powiedział też, że taki burmistrz, to dla nas szczęście... Sadysta jednak ten starosta, a taki przystojny.
Przemówił też wice mistrz olimpijski Jacek Fafiński, którego tym razem oficjalnie zaproszono. Pan Jacek powiedział i to między innymi (czym marsa srogiego na czole pełniącego obowiązki dyrektora OSiR-u Jacka Różańskiego wywołał), że zamierza wrócić do Lubawy na stałe. Myślę więc naprawdę zdecydowanie, że sympatyczny pan Jacek, Różański tym razem, winien już robotę zastępczą poważnie szukać.
Ksiądz Tadeusz Breza poświęcił halę, czym wywołał moją podwójną niejako refleksję. Czy jest właściwym, w państwie nie wyznaniowym, wielo religijnym, notoryczne święcenie obiektów użyteczności publicznej, obiektów bądź co bądź świeckich, przez kapłana katolickiego? Co powoduje ponadto, że obiekty, leżące w dwóch różnych częściach miasta, chciałoby się rzec: w dwóch różnych parafiach, święci ten sam ksiądz? Czy drugi, na to nie zasłużył? A jeśli tak, to dlaczego? Jakie kryteria należy spełnić, ażeby być godnym do święcenia magistrackiego?
I tak z obowiązku dziennikarskiego. Hala posiadająca 500 miejsc siedzących, podczas otwarcia zapełniona była w połowie. Nie było na gali opozycyjnych radnych. Wnoszę o ich ukaranie. Wnoszę o najwyższy wymiar też kary. Nie będzie byle radny, burmistrzowi pluł w twarz nieobecnością polityczną, nieusprawiedliwioną.
Chociaż... była jeszcze mowa o przychodni, czy poradni, że burmistrz się postarał (nie dziwota, wybory tuż, tuż), ale kto to mówił, przypomnieć sobie nie mogę. Stany demencyjne zgoła. Jak u burmistrza Standary. Jeden jeszcze gość na zakończenie z województwa przemówił i piłę koszykową burmistrzowi wręczył. I powiedział, że skoro piłkę już mają, to powinni sobie dwa kosze ruchome fundnąć sami... Czy jest w stanie burmistrz jednak, kredyt jeszcze jaki uruchomić?
Andrzej Kleina